Śląscy kibicie są najwierniejsi. To prawdziwy fenomen
Z badań młodego socjologa na temat kibiców drużyn piłkarskich na Śląsku wynika, że tworzą prawdziwy fenomen: z małymi wyjątkami są wierni bez względu na to, czy ich drużyna święci triumfy, czy jest w kryzysie.
Maciej Baszkiewicz, potomek piłkarza warszawskiej Gwardii, wie nie tylko, w których miastach rządzą kibice Ruchu, a w których "Gieksy" czy Górnika, ale zna dokładną linię podziału. Czasami, jak w Giszowcu, przebiega ona w poprzek jednego osiedla albo wzdłuż ulicy. Giszowiec, niegdyś zdominowany przez sympatyków Ruchu, dziś prawie cały sercem jest po stronie jedenastki z Bukowej. Wiernych Ruchowi znaleźć można - według socjologa - tylko przy dwóch ulicach.
Baszkiewicz solidnie się przygotował do swojej pracy: przez kilka miesięcy jeździł po miastach aglomeracji katowickiej, obserwował napisy na murach, rozmawiał, robił zdjęcia i notatki. Ponieważ początkowo nie znał zbyt dobrze naszego regionu, o weryfikację swoich spostrzeżeń poprosił znajomych, którzy mieszkają w badanych przez siebie miastach. Najwięcej pomógł mu Zbigniew Sielańczyk, kolega z roku. - Nie chciałem w swojej pracy magisterskiej przepisywać książek, pragnąłem połączyć zainteresowania i wnieść coś własnego, nowego - mówi Baszkiewicz. Rzeczywiście, nikt przed nim nie stworzył jeszcze takiej mapy aglomeracji. Barwy poszczególnych klubów służą na niej do oznaczenia stref wpływów i terenów, gdzie zwalczają się kibice różnych drużyn.
Najspokojniej jest w Tychach, gdzie socjolog znalazł wyłącznie sympatyków miejscowego GKS-u, a najbardziej skomplikowana układanka chyba w Jaworznie, bo oprócz dominujących w mieście kibiców "Gieksy" Baszkiewicz doliczył się kibiców jeszcze 10 innych klubów. Na narysowaniu mapy nie poprzestał, bo przeanalizował historię wzajemnych antagonizmów klubowych. Kilkadziesiąt lat temu najostrzejsze konflikty przebiegały między śląską a zagłębiowską częścią regionu, dopiero z czasem uwypukliły się inne. Niektórych sporów nie da się wyjaśnić bez spojrzenia w przeszłość. Np. w Gliwicach wielu ludzi wciąż woli kibicować Górnikowi, a nie miejscowemu Piastowi, a przyczynił się do tego dawny sentyment - oni sami albo bo ich ojcowie dostawali od dyrekcji swojego zakładu wejściówki na mecze jedenastki z Roosevelta.
Z pracy młodego socjologa dowiedzieć się można też tego, że przynajmniej w jednej dziedzinie nasi kibice to prawdziwy fenomen: z małymi wyjątkami, jak ten wspomniany w Giszowcu, są wierni bez względu na to, czy ich drużyna święci triumfy, czy jest w kryzysie. Kłopoty tylko jeszcze bardziej jednoczą kibiców wokół ich ukochanego klubu. Pod względem tradycji to jedyne takie miejsce w Polsce. - Na świecie mógłbym to porównać tylko z Buenos Aires - zapewnia Baszkiewicz.
Anna Malinowska, Gazeta Katowice.pl