#1

Trocha Histori po Polsku

in News 26.04.2010 19:21
von Gregor • ( Gast )
avatar

Henryk Latocha:

W Unii Stary Bieruń dwóch zawodników przychodziło mi na treningi przed południem, czterech po pracy. Innych żony nie puszczały z domu w ogóle.

W latach 70. zagraniczny wyjazd marzył się każdemu polskiemu piłkarzowi. Na Zachodzie można było zarobić. Różnica była ogromna i wiedzieli o tym także piłkarze Górnika. Za pokonanie Manchesteru City w finale Pucharu Zdobywców Pucharów mieli obiecane po 120 dolarów. A Anglicy? 3 tysiące funtów dla każdego. Nic więcej nie trzeba dodawać.

Kiedy trzy lata po meczach z Romą do Henryka Latochy zgłosił się menedżer z Czechosłowacji, współpracujący z Rapidem Wiedeń, i zaoferował dwuletni kontrakt z tym klubem, piłkarz decyzję podjął niemal od razu. Miał już 30 lat, a na koncie pięć mistrzostw i sześć Pucharów Polski. W kraju czuł się spełniony.

- Przed wyjazdem od początku były kłopoty z paszportem. Prawdopodobnie ktoś życzliwy przysłał na mnie anonim. Paszport odzyskałem dopiero dzięki kierownikowi Górnika Marianowi Olejnikowi, który pojechał ze skargą do Warszawy - opowiada.


Latocha nie miał zbyt wiele czasu na aklimatyzację w Rapidzie. Czekały go mecze w Pucharze Europy z Milanem. Z San Siro przywieźli obiecujący, bezbramkowy remis. - Na boisku opiekowałem się Luciano Chiarugim, reprezentantem Włoch, i nieskromnie powiem, że zbyt wiele to sobie przy mnie nie pograł. W rewanżu przegraliśmy 0:2, gole strzelał Gianni Riviera - wspomina Latocha.

W Rapidzie grał pół roku. Zimą zespół leciał na roztrenowanie do Hongkongu, a Latocha uprosił trenera, żeby go zwolnił z wyjazdu. - Zbliżały się święta, brat się żenił. Chciałem jechać do Polski, trener się zgodził - tłumaczy. Po powrocie do kraju musiał oddać paszport, miał jednorazowy. - Rację miał mój ojciec, mądry człowiek, który mówił: „Raz wyjedziesz z Polski i więcej nie przyjeżdżaj". Nie miałem jego charakteru. W kraju została żona z dziećmi, tęskniłem za nimi - mówi.

Kiedy chciał wracać do Wiednia, okazało się to niemożliwe. Nie miał paszportu. W katowickim urzędzie codziennie słyszał to samo: „Proszę czekać". Więc czekał. Miesiąc, drugi. Z Austrii dzwonili coraz bardziej zniecierpliwieni działacze Rapidu z pytaniami „Co się dzieje? Kiedy będziesz?". Znów poprosił o pomoc Olejnika. Kierownik wsiadł w samochód i ruszył do stolicy. W Warszawie nawet nie potrafili wyjaśnić, skąd się wzięła taka zwłoka. Paszport był do odebrania.

W międzyczasie jednak Rapid zatrudnił obrońcę z Jugosławii. Latocha nie miał pretensji. Pojechał do Wiednia, w klubie zachowali się fair. Zapłacili za cały kontrakt. I odesłali do domu. Trafił do GKS Katowice, wtedy drugoligowego, z dużymi ambicjami. Pograł w nim dwa lata i trzeba było szukać pomysłu na dalsze życie. Jeszcze jako piłkarz Górnika był zatrudniony w kopalni Ziemowit. Teraz musiał zjechać na dół. - Ciągle czekałem na telefon od Włodka Lubańskiego. Wcześniej obiecał mi wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Odezwał się po pół roku: „Wszystko załatwione, możesz wyjeżdżać, tylko odbierz wizę".

W konsulacie amerykańskim w Krakowie wielka polityka znów wpłynęła na jego życie. Nowy prezydent USA Jimmy Carter zaostrzył system wizowy dla obywateli krajów demokracji ludowej. Zimna wojna trwała w najlepsze. - W konsulacie na 105 osób tylko 5 mogło odebrać wizy. Miałem paszport, ale wizy nie dostałem - narzeka.

Nie porzucił jednak myśli o zagranicznym wyjeździe. Trenerem Rapidu był Antoni Brzeżańczyk, wcześniej pracujący w Górniku. Zaprosił Latochę do Wiednia. Kontraktu nie udało się podpisać. „Heniek, masz już swoje lata, nie wezmę ciebie. Prasa by mnie rozszarpała" - tłumaczył Brzeżańczyk po dwóch tygodniach. Latocha zrozumiał. Zatrudnienie znalazł w drugoligowym Polyar Kittsee, którego prezesem był Polak. Kopał piłkę jeszcze przez dwa lata i zakończył karierę. Prezes powiedział, że za to, co zrobił dla klubu, da mu pracę w swojej firmie.

- Nie mogłem jednak sprowadzić rodziny i to było dla mnie najgorsze. Pamiętam, jak na Boże Narodzenie wiozłem dla nich prezenty. Nie chciałem ryzykować przyjazdu do Polski, ciągle miałem jednorazowy paszport. Umówiliśmy się na przejściu granicznym w Cieszynie. Dla córek kupiłem ubrania. Czesi nie chcieli tego wypuścić, mówili, że kupiłem to poza ich krajem. Odebrali zapłakanym córkom prezenty - wspomina Latocha.

Każdego sylwestra obiecywał sobie, że to już jego ostatni rok w Austrii. Zawsze jakoś się przeciągało. - Miejscowi proponowali: „Nie wygłupiaj się, sprzedaj dom w Polsce". Wiedziałem, że nigdy nie zostanę jednym z nich. 40 lat można tam żyć i nigdy nie zaczną traktować cię jak swojego. Zawsze będziesz obcy - przekonuje Latocha.

Firma, w której pracował, przygotowywała prototypy opon i butów wojskowych. Głównymi kontrahentami byli Irakijczycy, kontrakty opiewały na miliony dolarów. - Pracowałem w laboratorium fizycznym, nie miałem ciężkiej roboty. Interes się kręcił do czasu wojny w Zatoce Perskiej. To był 1991 rok. Okazało się, że część składników, jakie szły do produkcji obuwia, pasowało także do wyrzutni rakiet. Amerykanie zerwali ten kontrakt, a szef nie dostał odszkodowania. Firma splajtowała - opowiada Latocha. Zaczął pracować w hipermarkecie OBI. - Brakowało kierownika do przyjęcia towarów, chcieli, żebym został tymczasowym. Miałem opory, w końcu jednak się zgodziłem. Tak zleciało kolejnych dziesięć lat - dodaje.

W 2005 roku, po 28 latach spędzonych w Austrii, wrócił do Polski. Na emeryturze podjął pracę w Unii Stary Bieruń. Najpierw trenował juniorów, później seniorów. - Wytrzymałem dwa miesiące. Powiedziałem działaczom: „Szkoda waszego i mojego zdrowia. Te 500 złotych, które mi płacicie, dajcie komuś innemu". To nie było trenowanie. Dwóch zawodników przychodziło na zajęcia przed południem, czterech po pracy. Innych żony w ogóle nie puszczały z domu. Nie szło wymagać od nich zbyt wiele - przyznaje Latocha.

Na stadionie Górnika ma swoje miejsce na trybunie vipowskiej. Siada razem z kolegami z dawnych lat - Janem Banasiem i Zygmuntem Anczokiem. O grze obecnego Górnika nie będzie mówił zbyt wiele. Szkoda nerwów. - Po co się wkurzać? - pyta. - Jak Zyga Anczok, który najczęściej wychodzi w przerwie meczu. Mówi, że nie może patrzeć na to, co oni wyprawiają.

W domu Latochy w Bieruniu nie ma zbyt wielu pamiątek z najlepszych czasów jego kariery. W zasadzie nie widać ich wcale. Są za to wspomnienia. - Podwaliny pod sukcesy wielkiego Górnika położył Węgier Geza Kalocsai. Jako trener przykładał dużą wagę do taktyki i organizacji gry. Jego pracę kontynuował Michał Matyas. Kilka miesięcy przed meczami z Romą polecieliśmy na tournee do Peru. Na jednej z odpraw Matyas mówi: „Panowie, kryjemy ich krótko". Ryknęliśmy śmiechem. U przeciwników grał mistrz Peru w biegu na sto metrów... - Latocha nawet dziś nie potrafi powstrzymać śmiechu.

Angefügte Bilder:
Aufgrund eingeschränkter Benutzerrechte werden nur die Namen und (falls vorhanden) Vorschau-Grafiken der Dateianhänge angezeigt Jetzt anmelden!
1272075493108.jpg
zuletzt bearbeitet 24.11.2011 20:44 | nach oben springen

#2

RE: Trocha Histori

in News 26.04.2010 19:24
von Gregor • ( Gast )
avatar

Stanisław Oślizło: Do czerwonego miał obrzydzenie

Helena Oślizło: Pogodziłam się, że ten klub jest jego pierwszą miłością, a ja drugą. A różnie było w tym Górniku. Wcześniejsi prezesi nie lubili męża.

Z decydującego o awansie do finału PZP meczu Górnika z AS Roma Helena Oślizło pamięta jedynie swoją córkę, klęczącą przed telewizorem, obok fotela, i głośno wypowiadającą życzenie: "Boziu, daj, żeby tatusiek wygrał".

Stanisław Oślizło był wtedy kapitanem Górnika. Po 120 minutach spotkanie w Strasburgu, kiedy w półfinałowym trójmeczu znów był remis, sędzia zarządził losowanie. Oślizło jako pierwszy wybierał kolor żetonu - zielony lub czerwony. Postawił na ten pierwszy. I wygrał. Pani Helena ma swoją teorię, dlaczego mąż wybrał taki kolor. - Nie lubił partyjnych, a czerwony nie kojarzył mu się z niczym innym jak z nimi - mówi z przekonaniem

W zeszłym roku państwo Oślizłowie obchodzili złote gody. Poznali się w gimnazjum w Wodzisławiu. On był w 11 klasie, ona w 10. Jej podobało się, że był dobrze zbudowany, wysportowany. Uprawiał gimnastykę i grał w siatkówkę („Ścinał z taką siłą, że mógł zrobić krzywdę. Bałam się z nimi grać" - przyznaje dziś pani Helena).


Piłka nożna była wtedy u niego na drugim planie. Ojciec miał gospodarstwo w Jedłowniku (dziś dzielnicy Wodzisławia) i mały Stasiek pomagał na roli. Dostawał konia z pługiem i szedł w pole. Z zazdrością spoglądał na rówieśników kopiących obok piłkę, ale słowo ojca - rzecz święta. Senior rodu nie chciał, żeby syn miał coś wspólnego z tym sportem, ale takiego talentu nie mogli odpuścić trenerzy Kolejarza Wodzisław. Ojciec nie miał wyjścia - musiał się zgodzić. Oślizło bawił się w piłkę, dopóki nie wypatrzyli go trenerzy Górnika Radlin - klubu, który przez kierujących sektorem górniczym został wybrany jako reprezentant Śląska i miał przeciwstawić się hegemonii Legii Warszawa. Znaczyło to tyle, że do R adlina popłynęły kopalniane pieniądze i zaczęli zjeżdżać najlepsi piłkarze z Katowic, Bytomia i Zabrza. Ich obecność nie była w smak miejscowym zawodnikom. Postawili się i powiedzieli, że z obcymi nie zagrają. Ambicje szefów górnictwa trzeba było przerzucić na innego Górnika.

Oślizło trafił do niego w 1960 roku. - Przez kilka tygodni chodzili też za nim ci z Pogoni Szczecin, ale nie zgodziłam się na przeprowadzkę na drugi koniec Polski. Rodzice mieszkali w Radlinie, nie chciałam ich zostawiać - tłumaczy pani Helena. W Zabrzu powstawał zespół, który na lata miał zdominować polską piłkę. - Najważniejsza była atmosfera, wzajemna życzliwość między zawodnikami i ich rodzinami - uważa pani Helena. - Myśmy się trzymali razem. Wyjeżdżaliśmy na wczasy, organizowaliśmy wspólne potańcówki czy nawet świniobicia.

Jej mąż spędził dwanaście lat w Zabrzu. Stał się legendą Górnika, w którego barwach rozegrał 296 meczów w lidze. Rozstanie przyszło nieoczekiwanie. Oślizło dostał wilczy bilet i dowiedział się o tym od krawca. - Zawodnicy mierzyli garnitury przed wylotem na tournee do Stanów Zjednoczonych. Przyszła kolej Staśka, a krawiec do niego: „Panie Oślizło, nie mam pana na liście". Mąż nie mógł uwierzyć - wspomina pani Oślizło.

- Co się stało?
- Myśmy wtedy zaczęli się budować w Szczyrku. Wielu to się nie podobało. Prezes Górnika Eryk Wyra powiedział przed wylotem do USA. „Co, Oślizło chce jeszcze grać? Mało to ma już cegieł na budowę?". Te słowa zapamiętałam do dzisiaj. Co za bezczelność! Myśmy wtedy na ten dom ciułali grosz do grosza, w budowie pomagał nam teść. Obok widzieliśmy chaty górniczych bonzów, stawiane z materiałów kopalnianych - denerwuje się pani Helena.

- Stasiek już nie chciał nigdzie grać. Widziałam po nim, że rozstanie z Górnikiem mocno przeżył. Na początku nie dawał po sobie tego poznać, taki już jest. Skryty i małomówny. W domu niewiele mogę się od niego dowiedzieć. Najczęściej mówią mi o czymś jego znajomi lub sam Stasiek zaczyna opowiadać, kiedy przyjdą do niego koledzy. Całkiem niedawno, przypadkowo, dowiedziałam się, że kiedyś Anglik opluł go na boisku...

- W finale z Manchesterem?
- Tak, ale okazało się, że wpierw Stasiek kopnął tamtego w tyłek - śmieje się pani Helena. - Po odejściu z Górnika szukał dla siebie nowego zajęcia. O jego kłopotach dowiedział się znajomy z RFN Erwin Gedler, ojciec chrzestny naszej córki. Miał firmę handlującą pompami górniczymi i zaproponował: „Skoro ciebie nie chcą w Górniku, to pracuj u mnie. Zaczniesz doglądać moich interesów w Polsce i nie będę musiał tak często przyjeżdżać". Stasiek się zgodził. Jednocześnie robił też w kopalni - tłumaczy pani Helena.

Kłopoty zaczęły się kilka miesięcy później. Oślizło wziął urlop w kopalni i pojechał na Targi Poznańskie reprezentować interesy Gedlera. Dzięki sukcesom Górnika był rozpoznawalny w całym kraju. Jego obecność w Wielkopolsce nie umknęła agentom Urzędu Bezpieczeństwa.

- Donieśli do kopalni, że Stasiek jest niemieckim kelnerem. Wiadomo, że jak interesy się robi, to trzeba czasem się napić. I oni zauważyli, jak mąż nalewał koniak gościom. Musiał wracać na Śląsk i dopiero się zaczęło... Jego przypadkiem zainteresował się pierwszy sekretarz partii w Katowicach. Stasiek nie miał wyjścia i rzucił pracę u Gedlera.

W kopalni kazali mu zjeżdżać pod ziemię. Partia nie darowała kontaktów z imperialistą. Wyrywkowo sprawdzali, czy rzeczywiście jest na dole. Minister górnictwa Jan Szlachta dzwonił do kopalni, gdzie pracował mąż i pytał, czy nie zarabia za dużo - opowiada pani Helena. - Na szczęście mieliśmy pole po teściach, dwa hektary. Zbieraliśmy truskawki i sprzedawaliśmy, żeby jakoś żyć.

Kiedy Oślizło uległ groźnemu wypadkowi samochodowemu i leżał w szpitalu, żona namówiła lekarza, żeby wystawił mężowi zwolnienie z pracy pod ziemią. Udało się, Oślizło został przeniesiony na powierzchnię, do biura BHP (Bezpieczeństwo i Higiena Pracy) i jednocześnie oddelegowano go do Sparty Zabrze jako drugiego trenera. - Pracował później w Chorzowie, Wodzisławiu czy w Gliwicach, ale co tu dużo mówić, trenowanie to nie jest dla niego - surowo ocenia pani Helena.

Od kilku lat Oślizło jest rzecznikiem prasowym Górnika. - Pogodziłam się, że ten klub jest jego pierwszą miłością, a ja drugą. Tyle razy mówiłam mu, żeby to rzucił, odszedł, bo zarabia jak sprzątaczka. Nigdy nie słuchał. A różnie było w tym Górniku. Wcześniejsi prezesi nie lubili męża, ciągle go oszukiwali. Ten nowy (Łukasz Mazur - przyp. red.) jest szczery, szanuje Staśka. Wydaje mi się, że mąż jest teraz najszczęśliwszym człowiekiem w Górniku.

Angefügte Bilder:
Aufgrund eingeschränkter Benutzerrechte werden nur die Namen und (falls vorhanden) Vorschau-Grafiken der Dateianhänge angezeigt Jetzt anmelden!
1253847320853.JPG
nach oben springen

#3

RE: Trocha Histori

in News 26.04.2010 19:26
von Gregor • ( Gast )
avatar

Jerzy Gorgoń: Moje medale leżą sobie w szufladzie

Jerzy Gorgoń: Z pamiątek sportowych codziennie widzę Złoty But od redakcji "Sportu", ale tylko dlatego, że stoi obok telewizora. Prowadzę już inne życie.

MAGAZYN SPORTOWY: Przypuszczał pan trzydzieści lat temu, że wyjeżdża z Polski na stałe?
JERZY GORGOŃ: Jechałem do Sankt Gallen grać w piłkę i nie myślałem o przyszłości. Ale od kiedy dzieci zaczęły chodzić do szkoły, nie chciałem już ruszać się ze Szwajcarii. Zamieszkałem w spokojnej i czyściutkiej okolicy, bez kominów i fabryk. Piętnaście minut jazdy samochodem mam do góry, na którą wchodzę z żoną w ramach relaksu. Oprócz tego jeździmy rowerami czy wypoczywamy nad Jeziorem Bodeńskim.

» Gdzie w tym wszystkim miejsce dla piłki?
Nie ma, jedynie czasem obejrzę coś w telewizji. Odbieram TVP Sport i tam można zobaczyć archiwalne mecze. Niestety.

» Dlaczego niestety?
Ciągle żyjemy przeszłością, słynnymi meczami Górnika i Legii w europejskich pucharach i remisem na Wembley. Z drugiej strony dobrze, że mamy co wspominać. Po piłce mam pamiątki - bolący kręgosłup i zniszczone stawy skokowe. To efekt sposobu przygotowań do sezonu w Polsce, tysięcy skoków wykonanych przez płotki i 20--kilometrowych biegów w śniegu. Zdarzało się, że przez półtora miesiąca treningów nie widzieliśmy piłki.

» Ile razy na obczyźnie myślał pan o powrocie do Polski?
Nieczęsto. Europa jest otwarta - w każdej chwili mogę wsiąść w samochód, zatankować do pełna i przejechać 1050 kilometrów do Zabrza. Zajmuje mi to cały dzień. Daję radę, taki stary jeszcze nie jestem. W Mikulczycach, dzielnicy, w której się wychowałem, ludzie wciąż mnie rozpoznają. Widać pamiętają wielkiego Górnika.

» Pamiętają wasze sukcesy, ale były też porażki. Proszę powiedzieć, jakim cudem w 1978 roku Górnik, m.in. z panem i Andrzejem Szołtysikiem w składzie, spadł z ekstraklasy, skoro rok wcześniej zajęliście w niej trzecie miejsce?
Od czasu finału Pucharu Zdobywców Pucharów dużo się zmieniło w klubie, wyglądało inaczej organizacyjnie. Wielu zawodników pokończyło kariery, a ci, którzy zostali, mieli osiem lat więcej. W kilku meczach mieliśmy pecha, ale nie ma co o tym dzisiaj mówić. Spadek był szokiem i trzeba było się z niego otrząsnąć.

» Po meczach z Legią trudno było zmobilizować się na spotkania ze Starachowicami czy Ursusem Warszawa.
Z tym nie było problemów. Wiedziałem, że oczy wszystkich kibiców są zwrócone na mnie i nie mogę się ośmieszyć. Każdy nasz przyjazd powodował, że stadiony się zapełniały. Miejscowi przyjmowali nas ciepło, w końcu niecodziennie mogli oglądać u siebie reprezentantów Polski. Druga liga to była egzotyka. Przyszło nam grać na małych, krzywych boiskach, choć byliśmy przyzwyczajeni do dużych i równych. Przed meczami z Legią zazwyczaj spaliśmy w warszawskim Grandzie, a w Świdniku zatrzymaliśmy się w małym hoteliku z kratami w oknach i z nudów graliśmy w karty. Chyba po ośmiu kolejkach mieliśmy już taką przewagę, że byłem pewny awansu.

» Tego samego nie można powiedzieć o obecnej sytuacji Górnika. Całkiem możliwe, że pobyt w pierwszej lidze wydłuży się o rok.
Zwycięstwo Widzewa jest już pewne, więc może udałoby się awansować z drugiego miejsca? Co ja mówię, jakie może. Górnikowi musi się udać! Śledzę jego wyniki i, no cóż, niewiele dobrego na razie można powiedzieć. Może piłkarzy zmobilizuje planowana przebudowa stadionu. Na nowym musi być ekstraklasa. Gra w niższej lidze nie powinna być końcem świata dla ambitnych zawodników. Na swoim przykładzie wiem, że także tam można zdobyć doświadczenie. Po naszym spadku wiele osób pytało mnie, czy odejdę z Zabrza. Nie odszedłem, bo cenię przywiązanie do barw klubowych.

» Dwa lata później odszedł pan do Sankt Gallen.
Postanowiłem spróbować czegoś nowego w Europie. Miałem też propozycję z Grecji, ale w decydującym momencie zabrakło konkretów. Pograłem trzy lata w Sankt Gallen i skończyłem poważne kopanie, bawiłem się jeszcze piłką w amatorskich klubach. Ale nawet tam były nerwy, stres. Któregoś dnia zapytałem siebie: „Do czego ci to potrzebne? Masz prawie 40 lat i dość chaosu w twoim życiu".

» Piłka to chaos?
To cygańskie życie. Mógłbym wrócić do Polski, pewnie zostałbym trenerem i co dalej? Wygrywałbym - nosiliby mnie na rękach. Przegrałbym kilka meczów i każdy chciałby mnie rozszarpać, żądał zwolnienia. Znów trzeba byłoby się przeprowadzać. I tak w kółko - z Warszawy do Gdańska, z Gdańska do Wrocławia, z Wrocławia do Białegostoku...

» Zamiast piłki wybrał pan inne życie.
Z natury jestem taki, że szybko się dopasowuję. Przez 27 lat pracowałem w koncernie handlowym i rozdzielałem towary. Teraz jestem na emeryturze. Dni mijają spokojnie na wycieczkach. Co miesiąc przyjeżdża do nas polski ksiądz z Zurychu i spotykamy się w grupie 30-40 rodaków. Pomagam mu wtedy przy odprawianiu mszy. Zapalam świece i zbieram datki, chodząc z tacą. Nie przypuszczałem, że na stare lata zostanę ministrantem.

» Spogląda pan czasem na swoje trofea - medale z dwóch igrzysk olimpijskich czy ten za trzecie miejsce w mistrzostwach świata w Niemczech?
Moje medale leżą sobie w szufladzie. Z pamiątek codziennie widzę Złoty But, nagrodę dla najlepszego polskiego piłkarza redakcji „Sportu". To dlatego, że stoi obok telewizora. Zatrzymam się na nim nieraz wzrokiem, ale nie na długo. Prowadzę już inne życie.

Angefügte Bilder:
Aufgrund eingeschränkter Benutzerrechte werden nur die Namen und (falls vorhanden) Vorschau-Grafiken der Dateianhänge angezeigt Jetzt anmelden!
1272075492329.jpg
nach oben springen

#4

RE: Trocha Histori

in News 26.04.2010 19:28
von Gregor • ( Gast )
avatar

Rainer Kuchta: Facet w białym płaszczu to ja

Rainer Kuchta: Mam 67 lat, ale niedawno w Kitzbühel zjechałem z najtrudniejszej trasy, tej, na której rozgrywano alpejskie mistrzostwa świata.

Traunreut to małe miasto w Górnej Bawarii, ale właściwie nie sposób się tu nudzić. Trzeba by naprawdę mocno tego chcieć. A Rainer Kuchta nie chce, nie znosi siedzieć przed telewizorem. Chyba że jest mecz jego ulubionego Bayernu i akurat nie ogląda go na żywo na Allianz Arenie. Właśnie kończy się sezon zimowy, więc na razie odłoży w kąt narty. Niedaleko domu ma pokaźną górę. Patrzy, jaka jest pogoda, i jedzie z żoną Anną na narty. Częściej jednak wybierają się 110 kilometrów na południe, do Austrii.

- Tej zimy byliśmy na nartach 25 razy. Cały Tyrol, Austria, włoskie Alpy - cieszy się. Zaczęło się jeszcze w czasach gry w Górniku.

- Jeździłem do Szczyrku, gdzie mieliśmy wczasy górnicze. A tu, w Niemczech, któregoś dnia kolega mówi, że załatwi mi supernarty. I przyniósł takie z „wystawek". Tak mówi się o rzeczach, które Niemcy wystawiają jako niepotrzebne przed dom - śmieje się Kuchta.


Sam mówi, że ludzie patrzą na niego jak na szaleńca.

- Bo ja mam 67 lat, ale niedawno w Kitzbühel zjechałem z najtrudniejszej trasy, tej, na której rozgrywano mistrzostwa świata. A kiedy Adam Małysz wygrał jakiś turniej, to znalazłem taką górkę i wyskoczyłem z niej z krzykiem „Małyyyyyysz". Jak wyrżnąłem w śnieg, to trudno opowiedzieć. Ale świadkiem jest termos, który miałem w plecaku. Teraz jest jajowaty. I tak skończyła się moja przygoda ze skokami - żartuje.

W najbliższych dniach przesiądzie się na rower. Latem pokonuje 30 kilometrów dziennie. A jak przyjdą mrozy i skończy się sezon rowerowy, założy łyżwy i pojedzie na zamarznięte jezioro Chiemsee.

Kuchta grał w dwóch pierwszych meczach z Romą. W trzecim, decydującym w Strasburgu nie wystąpił. Podobnie w finale z Manchesterem City.

- Przed trzecim meczem na pobyt w swoim ośrodku zaprosił nas Adidas. Gierka treningowa, ścisłe krycie, ja dostałem Włodka Lubańskiego. Widzę to jak dziś. Włodek ucieka ze skrzydła, schodzi do środka, ja za nim i nagle krrrr, strzelił mięsień. Miałem nadzieję, że na finał się wykuruję, ale nie przeszło. A na filmie z meczu z Romą widać, jak po losowaniu taki facet w jasnym płaszczu wyskakuje w górę. To właśnie jestem ja - odkrywa.

W Górniku słynął z atomowego uderzenia.

- Ja miałem sakramenckiego kopa, ale nie miałem techniki. Więc Ernest Pohl po treningu zostawał i mówił: „Rainer, nie kop w cała piłka, tylko w ćwiartka". I wtedy zacząłem strzelać bramy. W Szczecinie, jak wiatr zawiał, to trafiłem zza połowy boiska - wspomina z dumą.

Jest wychowankiem GKS Gliwice, gdy kończył wiek juniora, w tym klubie zaczynał grać Włodzimierz Lubański. Później spotkali się w Górniku.

Wcześniej była służba wojskowa w Śląsku Wrocław. - Do Legii szli najlepsi, a do Śląska odpady. To i ja się załapałem - puszcza oko. A kiedy odbębnił wojsko, chętnych nie brakowało. - Pogoń Szczecin, Motor Lublin, Sosnowiec... Jak przyjechali działacze z Sosnowca i otworzyli teczkę, to mnie aż głowa zabolała. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu pieniędzy. Ale w rodzinie ojciec, wujkowie, wszyscy byli za Górnikiem. No to poszedłem do Zabrza. Ojciec pracował w hucie. Zaraz wzięli go do rady zakładowej i dostaliśmy domek jednorodzinny - mówi.

Pod koniec gry w Górniku, już po meczach z Romą, ojciec Kuchty, Wilhelm, zmarł podczas meczu na zawał.

- Ale to nie był ten mecz z Legią, w którym strzeliłem dwa samobóje, jak powszechnie się mówi. To było 1 lipca 1970 roku, graliśmy z Sosnowcem w finale Pucharu Polski. Wygraliśmy 2:0 u siebie i byliśmy blisko w rewanżu. Oni strzelili bramkę, zrobiło się nerwowo, Jarosik ucieka, wszedłem mu wślizgiem, dostaję piłką w twarz i tracę przytomność - relacjonuje z takim ożywieniem, jakby ten mecz był wczoraj.

- Za jakiś czas doszedłem do siebie, wchodzimy do szatni i lekarz mówi, że ojciec w szpitalu. Powiedziałem: „Jedziemy do Gliwic", bo byłem przekonany, że coś w robocie mu się stało. Ojciec powinien być wtedy w pracy, na drugą zmianę. Doktor na to: „Ojciec jest w Zabrzu". Okazało się, że zamienił się z kimś, by przyjść na mecz.

Szybko pojechał do szpitala.

- Jestem Kuchta, chcę zobaczyć ojca - poprosił kobietę w izbie przyjęć.
- Pan nie zobaczy ojca - odpowiedziała stanowczo. Rainer mocno się zdenerwował. Wypalił: „A wie pani z kim pani rozmawia?". Recepcjonistka była jednak nieugięta. Oznajmiła spokojnie: „Ojciec leży w kostnicy".
- To było właśnie wtedy, gdy ja w twarz dostałem... A 12 dni później matka mi zmarła - wspomina te smutne dni.

Wkrótce też pożegnał się z Górnikiem.
- To było chyba za trenera Brzeżańczyka. Robiłem urodziny w domu i patrzę - dwie znajome twarze pod oknem się kręcą. A to piłkarze Polonii Bytom. „Co wy tu robicie?" - pytam.

„Ty nie wiesz nic? Jesteś teraz naszym zawodnikiem" - odpowiadają.

W poniedziałek poszedłem do klubu na trening. Brzeżańczyk mówi, że to odbyło się poza nim. Ściągnęli w moje miejsce Anczoka. Spore rozczarowanie. Jakiś czas później Anczok złamał kość śródstopia i chcieli mnie z powrotem, ale odmówiłem - opowiada.

Wyjechał do Francji do III ligi (Roubaix), ale to był niewypał. Sam mówi, że nagle jakby zapomniał gry w piłkę. Wrócił do Polski, do Knurowa. Trochę grał, trochę trenował lokalne drużyny.

W 1988 roku wyjechał do Niemiec, chociaż jak sam zapewnia, nie planował tego. - Siedzimy tu w tej Bawarii z żoną i wszędzie mamy daleko - uśmiecha się.

Gdy rozmawiamy w kawiarni w Traunreut, co chwila wita się z sąsiadami: „Gruss Gott". Jest dumny z Bawarii, w której mieszka, może nawet tak samo jak z Górnego Śląska.

- Mamy taką zasadę, że w domu mówimy po polsku, a wśród ludzi po niemiecku. Bo czasem zapominam niemieckich słów, więc trzeba stale ćwiczyć język. A po polsku wciąż czytam internet. Nie bardzo się znam na nowoczesnej technologii, ale wiem, jakie są adresy stron Górnika. Dużo jeżdżę do Polski, w ostatnim roku byłem 4 razy. I zawsze pierwsze kroki kieruję na stadion Górnika - zapewnia Kuchta. - Zobaczę, co się dzieje, przywitam się z moim klubem, a później jadę dalej.

nach oben springen

#5

RE: Trocha Histori

in News 26.04.2010 19:29
von Gregor • ( Gast )
avatar

Włodzimierz Lubański: Dla Górnika gola już nie strzelę

Dochodzę wieku, który raczej wymaga pewnego spokoju. Nie jest to już czas na wielkie awantury, ale nie boję się odpowiedzialności.

Spokojnie, ułóż nogę, tak właśnie - Włodzimierz Lubański pokazał jednemu z młodych napastników Lokeren, jak trzeba to robić, i piłka wreszcie poszybowała jak z podręcznika, w samo okienko. Teraz schodzi z treningu, żonglując piłką przez całą długość boiska, wszyscy patrzą z podziwem. Lubański jest tu legendą, na pewno najlepszym piłkarzem w historii klubu.



- Zawsze bardzo lubiłem bawić się piłką i z wiekiem mi to nie przeszło - uśmiecha się.
W 1990 roku napisał w książce „Ja, Lubański": „Na razie zostajemy w Lokeren, bo dzieci chodzą tu do szkoły, ale później pomyślimy".
- Dwadzieścia lat minęło, dzieci dorosły, a pan wciąż tutaj - zagaduję.
- Mówienie, czy jest się tu, czy tam, nie ma dzisiaj sensu. Europa jest otwarta. Mam dom w Gliwicach i jak tylko mogę, jadę tam. Nie potrafię powiedzieć, gdzie spędzę ostatnie dni swego życia. W ogóle nie chcę już przewidywać przyszłości - mówi.


W swojej książce Lubański twierdził również, że będzie chciał się poświęcić pracy trenerskiej. Życie zweryfikowało plany. Jeden z najlepszych polskich piłkarzy nie został nawet średniej klasy trenerem.
Ale pogodził się z tym. Ostatnio mówiło się sporo o jego kandydaturze na trenera Górnika, o tym, że nie ma lepszego człowieka, który wprowadziłby Górnika do ekstraklasy.



- Zgadza się. Ale w tym, co mówimy, jest wiele sentymentu, życzeń, a moja odpowiedź jest prosta - ja już bramek dla Górnika nie będę strzelał. Na pewno jeśli chodzi o szkolenie, mógłbym bardzo dużo zrobić. Mam wszystkie papiery, nie wyrobiłem sobie tylko licencji PRO, bo to jedynie wyciąganie od ludzi pieniędzy... - oburza się i dodaje. - W tej chwili dochodzę jednak wieku, który raczej wymaga pewnego spokoju. Nie jest to już czas na wielkie awantury, ale nie boję się odpowiedzialności.


Można odnieść wrażenie, że asekuruje się na wypadek, gdyby nikt z Górnika nie złożył mu propozycji. Bo to jest właśnie jakiś dramat, że Lubański nigdy nie dostał poważnej oferty, tak jakby jego nazwisko w futbolu niewiele znaczyło.


Nie wypaliły też inne pomysły związane z polską piłką...
- Mówiłem otwarcie o tym, że chcę być dyrektorem kadry, że interesuje mnie to. Ale nie dostałem odpowiedzi. Nie, to nie. Chciałem robić też coś przy projekcie EURO 2012, bardzo mnie to interesowało. Ale też nic z tego. Został taki wewnętrzny żal, ale trudno, takie życie - rozkłada ręce.
Dlatego od 5 lat jest ciągle trenerem napastników w Lokeren. Właśnie 5 lat temu zawiesił swoją licencję menedżerską, bo jak sam twierdzi, „w środowisku menedżerów jest pełno nieuczciwości i to mi nie odpowiada".


- Ale teraz pasjonuje mnie to, że mogę poprawiać błędy w wyszkoleniu napastników, znam się na tym - mówi i wylicza swoje sukcesy. - Wypromowałem tu dwóch napastników: Aristide Bancé, gra w FSV Mainz w Bundeslidze, a drugi Ouwo Moussa Maazou, teraz jest w Monaco, a wcześniej sprzedaliśmy go z dużym zyskiem do CSKA Moskwa. Dawid Janczyk też znakomicie się spisał. 9 bramek w połowie sezonu to znakomita robota. Wierzę, że się do tego przyczyniłem. Więc jak pan widzi, nie trzymają mnie tu za zasługi - uśmiecha się.


I może to jest ten jego sposób na życie, którego szukał od zakończenia kariery. Bez wielkich wyzwań, stresu. Może dlatego tak trudno mu opuścić Lokeren, spokojne miasteczko, w którym można przyjemnie spędzić czas.


- Uważam się za polskiego patriotę, a jednak Belgia przyjęła nas bardzo dobrze, wiele jej zawdzięczamy. Zawsze czuliśmy się tu bardzo szczęśliwi - zaznacza. Po chwili dodaje: - Poza jednym przypadkiem. Tego głośnego swego czasu, można by powiedzieć, zamachu terrorystycznego.
Było to we wczesnych latach 80. Na polskiej granicy zatrzymano dwóch członków międzynarodowej organizacji przestępczej, działającej głównie w Belgii. Ci więc w odwecie wzięli sobie za cel znanego Polaka mieszkającego w ich kraju - konkretnie Lubańskiego.
- Strasznie to przeżyłem, uciekliśmy do Polski na parę dni. O pierwszej w nocy przyjechało pod nasz dom 5 samochodów policyjnych, wbiegli uzbrojeni w pistolety, karabiny, pytają, czy nic się nie stało. Ja pytam: „Co się miało stać? Miałem tylko dziwne telefony, każdy kończył się pytaniem: Czy to Lubański? Odpowiadałem: No a kto inny? I to wszystko". Szczęśliwie kilka dni wcześniej zmieniłem mieszkanie. To był mój fart, a pech znajomego. Zamiast mnie postrzelili w rękę czeskiego trenera, który przejął nasze mieszkanie - wspomina.
Po zakończeniu kariery próbował w Belgii różnych interesów.


Najpierw był bar.
- Był to taki romantyczny okres działań podyktowanych emocjami. Pomyślałem sobie: „Otworzę kawiarenkę, będzie zarobek, będziemy dobrze żyli". Ale to okazała się straszliwa praca. Wielogodzinne rozmowy z ludźmi, kupa roboty, a do tego piwko, piwko, piwko... wiadomo. Któregoś dnia powiedziałem, że mam dość. Dużo na tym biznesie straciłem - przyznaje.
Skoro nie bar to... a jakże, pola roponośne w Teksasie.


- Kolega wpadł z propozycją: „W Teksasie nowe dziury wiercą, jak wyskoczy ropa, to będziemy milionerami". No to co miałem robić... zaryzykowałem. I można rzeczywiście powiedzieć, że to kasa wrzucona w dziurę. W zamian wypłynęła woda. Na szczęście wielkie pieniądze to nie były - mówi i zapewnia, że od tego czasu każdy ruch finansowy jest gruntownie przemyślany.


Mecze z Romą... był chyba ich najwspanialszym aktorem. Czy w jego życiu coś zmieniły? Gdyby nie system, mogły. Przecież właśnie dzięki tym meczom zainteresował się nim sam Helenio Herrera, który powołał go później do reprezentacji świata. A tam, po meczu, w barze Amancio i Velasquez zaproponowali mu transfer do Realu.


- Zapytali mnie, czy chciałbym przyjść do Realu. Ja na to: „Jasne, choćby na piechotę" - opowiada. Działacze z Realu przyjechali po niego, ale on dowiedział się o tym znacznie później. Podobnie jak o kilku innych szansach na wielką karierę i pieniądze.


- Jeden z moich kolegów powiedział w tym kontekście: „Ten pociąg z pieniędzmi odjeżdża, ty widzisz ostatni wagon, biegniesz, biegniesz i nie zdążyłeś" - żartuje.


Według Lubańskiego fenomen Górnika, który pokonał Romę i wszedł do finału PZP, to po pierwsze - wyrównana kadra - w każdej formacji najlepsi w tych czasach zawodnicy. A po drugie - doświadczenie międzynarodowe.


- My byliśmy święcie przekonani, że jesteśmy w stanie z Romą walczyć o wygraną. To wzięło się z wyjazdów do Ameryki Południowej, ale i do różnych republik Związku Radzieckiego, Armenii, Gruzji i samej Rosji. Tam poznawaliśmy różne style gry. Cwaniactwa piłkarskiego uczyliśmy się w Ameryce Południowej, a w Rosji była solidność i tempo. Ostra gra tu i tam, więc Włosi nas niczym nie mogli zaskoczyć - uważa były reprezentant Polski.


Podczas słynnego losowania po trzecim meczu z Romą siedział w szatni. - Było ze mną jeszcze dwóch chłopaków... nie pamiętam kto. Są takie momenty, że masz dość i mówisz: „Już nie mogę na to patrzeć" - opowiada.


Czy uważa, że mogli zdobyć Puchar Zdobywców Pucharów? - Może tak, ale znowu dała o sobie znać polska mentalność. Przegraliśmy ten mecz jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Niestety zbyt szybko się zadowalamy sukcesami, nie walczymy do końca, wmawia się nam: „Już wiele osiągnęliście, jeśli teraz przegracie, to i tak będziecie bohaterami". Właściwie jedyna rzecz, którą doprowadziliśmy do końca, to turniej olimpijski w 1972 roku. W Belgii nauczyłem się tego zachodniego stylu myślenia - liczy się tylko numer 1.

nach oben springen

#6

RE: Trocha Histori

in News 26.04.2010 19:30
von Gregor • ( Gast )
avatar

Zygfryd Szołtysik: Działka to sens naszego życia

Jeżeli ktoś jest leniwy, może stracić swoją działkę. Tutaj naprawdę kontrolują, co sadzimy, czy regularnie podlewamy i dbamy o ogródek oraz altankę.

Kiedy pierwszy raz postanowili zorganizować mecz oldbojów Górnika Zabrze ze Śląskiem Wrocław, mieli problemy ze znalezieniem sponsora. W końcu jedna firma się zgodziła wyłożyć trochę pieniędzy, ale dopiero wówczas, gdy przynajmniej pięciuset kibiców kupi bilety. No i zrobił się poważny problem, bo fanów przyjechało prawie dziesięć tysięcy. Do dzisiaj w Hamm, niedużym miasteczku w środkowych Niemczech, wszyscy wspominają pamiętny mecz. A ponieważ cieszył się tak wielką popularnością, stał się tradycją. Organizatorami spotkań są między innymi Stefan Florenski i Zygfryd Szołtysik.


Byli piłkarze Górnika w Hamm mieszkają od blisko trzydziestu lat. - Przyjechałem z żoną, bo w tym mieście mieszkała moja matka. W przejściowym obozie dla obcokrajowców poznałem siostrę Zygi, która potem namówiła na przyjazd brata. Nikt z nas nie przypuszczał, że zostaniemy tu na zawsze - wspomina Florenski.


Świetny przed wieloma laty obrońca mieszka w Hamm z żoną, córką, zięciem i wnukami. Najbliższa rodzina jest więc na miejscu, ale wielu krewnych zostało w Polsce.


Szołtysik przyjechał trochę później, ale również został w Hamm na stałe. A ponieważ w okolicy mieszka jeszcze kilkudziesięciu byłych piłkarzy ze Śląska, wpadli na pomysł, żeby organizować derby Górnika z Ruchem. - Nieraz na meczach jest taki tłum, że kibice siedzą przy samym boisku. Wtedy sędzia liniowy ma spory problem, bo musi na pełnej szybkości omijać widzów - śmieje się Szołtysik. Na spotkania przyjeżdżają byli śląscy piłkarze, mieszkający obecnie w całych Niemczech, a nawet w sąsiednich państwach. Niektórzy sławni, jak Andrzej Szarmach, Włodzimierz Lubański, Erwin Wilczek czy ojcowie Lukasa Podolskiego lub Miroslava Klosego. Inni, mniej znani obecnie, ale kiedyś byli idolami mieszkańców Śląska.


- Na te mecze czekamy cały rok - mówi Florenski. - Teraz już jednak tylko jako kibice. Jeszcze nie tak dawno sam pojawiałem się na boisku, ale teraz już jestem za stary. Mecz to jednak tylko pretekst do wspólnych spotkań. Wszyscy byli piłkarze zabierają żony i dzieci, więc impreza jest naprawdę spora. I za każdym razem się wzruszam, gdy rozdaję autografy lub młodzi kibice chcą mieć ze mną zdjęcie.
- Ja jeszcze niby mam siłę i kondycję, żeby grać w naszych meczach w Hamm, ale szybkość gdzieś wyparowała. Nie gram więc, żeby wstydu nie było, bo się za bardzo denerwowałem, że mnie młodzi wyprzedzają. Na boisko wychodzę już tylko przywitać się i pomachać kibicom - mówi Szołtysik.



Spotkania byłych zawodników ze Śląska są organizowane w niemal wszystkich miastach Zagłębia Ruhry. W końcu wyemigrowało tam z Polski kilkaset tysięcy mieszkańców tego regionu. Starsi, którzy nie mają już siły grać, delegują na boisko dzieci. Zdarza się też, że jeszcze przed pierwszym gwizdkiem dochodzi do niespodziewanych transferów. - Jak Ruch ma za mocny skład, to się bierze jakiegoś młodego chłopaka, którego ojciec był kiedyś zawodnikiem Górnika. Taki młody za piwo i kiełbaskę zasuwa potem, aż miło patrzeć - mówi Szołtysik.


Mimo że Florenski i Szołtysik zdecydowali się na życie na emigracji, nadal są bardzo związani z Górnikiem. Obaj dopytują o sytuację klubu, czy ma szansę wrócić do ekstraklasy, czy obecni piłkarze rzeczywiście są tak słabi, że musieli rok temu z niej spaść. Sami dosyć rzadko bywają w Zabrzu, ale jak już się pojawiają, to na wyjątkowe okazje. - Dwa lata temu byliśmy w siedzibie Górnika, gdzie otrzymaliśmy pamiątkowe medale za pięćdziesiąt lat udanego pożycia małżeńskiego - śmieje się Maria Florenska. - Gdy Górnik organizował pierwsze spotkania byłych piłkarzy z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, każdy z uczestników musiał mieć plakietkę z imieniem i nazwiskiem, bo trudno było się po tylu latach rozpoznać - dodaje żona byłego obrońcy.


W rodzinne strony Florenscy i Szołtysik starają się jeździć przynajmniej raz w roku. Dawniejsze wyjazdy do Polski wspominają jako pewnego rodzaju udrękę. - Były granice, problemy z celnikami, podróż trwała nieraz i dobę. Za komuny, gdy my już mieszkaliśmy w Niemczech, córka nie mogła w Polsce dostać paszportu, żeby nas odwiedzić. To były trudne czasy, dlatego tym bardziej doceniamy, że teraz wszyscy jesteśmy już w Europie - mówi Maria Florenska.


Na uroczystość z okazji 40-lecia słynnych spotkań z AS Roma przygotowywali się przez kilka tygodni. Najbardziej zapracowaną osobą była córka Stefana Florenskiego Zuzanna, która odpowiedzialna jest za zbieranie pamiątek związanych z karierą ojca i Szołtysika. - Kiedyś udało mi się zdobyć od telewizji publicznej fragmenty meczów z Romą. Oprócz tego mam wywiady z byłymi piłkarzami Górnika. Do dzisiaj wspominamy, jak kilka lat temu pokazaliśmy Włodkowi Lubańskiemu wywiad przeprowadzony z nim, gdy miał około 20 lat. Mówił o nauce w szkole, o tym czy dobrze tańczy, dlaczego chce być zawodowym piłkarzem. Lubański nie pamiętał tej rozmowy, więc sam był zdziwiony, na jakie pytania musiał odpowiadać - mówi córka Florenskiego.


W domu Florenskich jest również specjalne miejsce na pamiątki związane z karierą byłego obrońcy. Proporczyki, medale, odznaczenia, archiwalne numery „Przeglądu Sportowego" i piłka z logo Romy. - Nieraz jesteśmy z żoną bardzo zaskoczeni, kiedy na nasz prywatny adres w Hamm przychodzą listy z Polski z prośbami o mój autograf. I to piszą młodzi ludzie. Oczywiście od razu im odpowiadam - mówi Florenski. - Ja wtedy mam łzy w oczach, że ktoś jeszcze pamięta o mężu, że ojcowie opowiadają synom, jakim dobrym był obrońcą - dodaje jego żona. - Ja tam nie płaczę z takich okazji - zapewnia natomiast Szołtysik.


Florenski i Szołtysik od czasu do czasu oglądają fragmenty trójmeczu z Włochami, zwłaszcza zimą, gdy często siedzą w domu. Co innego w pozostałe pory roku. Wówczas tematem numer jeden nie jest już mecz sprzed czterdziestu lat, ale ogródki działkowe.


- Mamy działki w tym samym miejscu, niedaleko centrum Hamm. Od marca w zasadzie odliczamy dni i czekamy, aż się zrobi cieplej, żeby w końcu zacząć pracować. Działka to teraz w zasadzie sens naszego życia. Siedząc w domu na emeryturze, człowiek by się zanudził, a tak mamy co robić, przebywamy dużo na powietrzu i pracujemy nad kondycją, szczególnie wieczorami, gdy po robocie rozpalamy grilla i jest czas na piwo - śmieje się Szołtysik.


Obaj przez całą zimę dyskutują, co trzeba zasiać, co wykopać, jak odnowić domki i gdzie są najlepsze promocje na sprzęt ogrodowy. - Brzmi to może nudno, ale dla nas działka naprawdę jest bardzo ważna. Zamiast siedzieć w domu, mamy zajęcie, towarzystwo i obowiązek. Czym by była emerytura bez sensownego zajęcia? - zastanawia się Florenski.


W Niemczech ogródek działkowy to nie tylko przyjemność i relaks, ale również poważny obowiązek. Trzeba uprawiać warzywa, kwiaty i owoce. - Jeśli ktoś jest leniwy i chce mieć tylko trawę w ogródku, żeby cały dzień leżeć i się opalać, może ją stracić - mówi Szołtysik. - Tutaj naprawdę kontrolują, co sadzimy, czy regularnie podlewamy i dbamy o ogródek oraz altankę. Jak już ktoś dostanie przydział na działkę, to o nią dba. W ciepłe letnie noce nie chce nam się często wracać do mieszkania w centrum, więc śpimy na miejscu i wtedy prowadzimy długie rozmowy o futbolu.


Florenski jest kibicem Schalke 04 Gelsenkirchen. Fanem klubu z Zagłębia Ruhry został blisko dziesięć lat temu, gdy do Schalke trafił najpierw Tomasz Wałdoch, a później Tomasz Hajto, czyli byli obrońcy Górnika Zabrze. Szołtysik nie ma ulubionego klubu w 1. Bundeslidze, ale zawsze sprawdza wyniki trzecioligowego Eintrachtu Brunszwik, gdzie jego syn Dariusz jest obecnie trenerem bramkarzy. Sami też próbowali kiedyś szkolić młodych piłkarzy w Hamm, ale szybko zrezygnowali. - Jacy z nas tam nauczyciele, szkoda było nerwów. Nie nadajemy się na trenerów. Brakowało nam cierpliwości, wydawało nam się, że jak pokażemy, co potrafimy, to młodzi będą się szybko uczyć. Było inaczej, więc odpuściliśmy, żeby siebie i ich nie denerwować - wspomina ze śmiechem Szołtysik. - Teraz wolimy się już nie stresować. Żyjemy jak niemieccy emeryci, czyli bez stresu, ale pracowicie. Ale mimo że mieszkamy w Niemczech, zawsze byliśmy i będziemy Polakami - zapewnia, po raz pierwszy uderzając w poważny ton Zygfryd Szołtysik. A Stefan Florenski dodaje, że dla nich obu Górnik Zabrze zawsze będzie najważniejszym klubem. - Graliśmy tam praktycznie za darmo, jak już się dostało jakieś pieniądze, były to grosze. Ja za podpisanie umowy dostałem... strój górniczy. Inni mieli więcej szczęścia, bo trafiła im się pralka. Nie zarabialiśmy wielkich pieniędzy, ale dobrze graliśmy. Czyli odwrotnie w porównaniu z tym, co teraz dzieje się w tym klubie.


Z powodu kiepskich zarobków czterdzieści lat temu Florenski i Szołtysik nie mają jednak dzisiaj żadnych pretensji. W końcu w trudnych czasach zwiedzili dzięki piłce nożnej kawał świata, grali na legendarnych stadionach, w historycznych meczach. W tamtych czasach Górnik w Europie naprawdę był potęgą. Do pełni szczęścia zabrakło jednak triumfu w Pucharze Zdobywców Pucharów. W finale lepszy okazał się Manchester City.


- Do dzisiaj mam o to pewien żal do działaczy. Jak jechaliśmy na finał z Manchesterem City do Wiednia, to mówiono nam, że i tak osiągnęliśmy więcej niż ktokolwiek mógł się spodziewać, że nawet wysoka porażka nie będzie tragedią. Działacze nie próbowali nas choć odrobinę zmobilizować. Do dzisiaj tego żałuję, bo gdybyśmy wyjeżdżali na finał z innym nastawieniem, to może byśmy wygrali. A tak czujemy z Zygą pewien niedosyt, nawet jeśli odnieśliśmy największy sukces w naszej klubowej piłce - kończy Florenski.

nach oben springen

#7

RE: Trocha Histori

in News 26.04.2010 19:31
von Gregor • ( Gast )
avatar

Hubert Kostka: Ślązak wyjątkowo zawzięty

Hubert Kostka: Ojciec wyszedł na wojnę i już nie wrócił. Miałem wtedy trzy lata. Mama bez pracy, a żyć trzeba było. Chodziłem żebrać za chlebem i nie wstydzę się tego.

Hubert Kostka, podobnie jak Włodzimierz Lubański, nie oglądał losowania po meczu. Przyznaje, że nie wytrzymał psychicznie. Nerwy były zbyt duże. Teraz odpoczywa od piłki. Cieszy się emeryturą. Z dumą prezentuje swój piękny dom w Markowicach.



- Mój profesor na politechnice w Gliwicach mawiał: „Inżynierem to ty się możesz nazywać, jeśli dom postawisz. Ale sam!". No to jestem inżynierem. Poza konstrukcją dachu wszystko zrobiłem własnoręcznie, trochę sam wymyśliłem, trochę podejrzałem tu i tam. Mam do tego talent, lubię coś sklecić. Teraz robię drewnianą altankę - opowiada. Od nowego domu Kostki jest zaledwie kilka minut na piechotę do starego, w którym mieszkał do 18. roku życia, zanim przeprowadzili się do Gliwic.


- Jestem chłopak wojenny, z rocznika 1940. Tu, w Raciborzu, były ciężkie walki, bo to trudny teren do zdobycia - Odra, kanał odrzański. Z naszego domu zostały wypalone ściany i komin. Nie mieliśmy nic. Wszystko, co wydawało się nam ważne, przestało istnieć. Zamieszkaliśmy z matką, rodzeństwem i dziadkami w jednopokojowym mieszkaniu - Hubert Kostka pokazuje na dom, niedaleko kościoła w Markowicach. Dziś mieszka tam jedna osoba, wtedy gnieździło się tu 6 rodzin.


Ojciec bramkarza Górnika zginął w czasie wojny na froncie. - Nie mam o nim wspomnień, bo go nie znałem. Wyszedł z domu i już nie wrócił. Miałem wtedy trzy lata - mówi. Skończyła się wojna, rozpoczęła się walka o przetrwanie.



- Mama nie miała pracy, a żyć jakoś trzeba było - wspomina. - Chodziłem żebrać za chlebem i nie wstydzę się tego. Co kto uzbierał, to jedliśmy. Był tu PGR, byli też prywatni gospodarze. Czasem zostały jakieś ziemniaki, zbieraliśmy po żniwach kuski (kłosy zboża). Z tego chleb się piekło. Ale przetrwaliśmy - mówi z nieskrywaną dumą.



Idziemy dalej, przechodzimy przez tory i jesteśmy na boisku w Markowicach. Tu zaczynał swoją sportową karierę. Od początku było widać, że ma ponadprzeciętny talent.



- Miałem 11 lat, kiedy na spartakiadzie szkół powiatowych wygrałem swoją pierwszą piłkę. Startowałem w jeździe szybkiej na lodzie i w jeździe figurowej. Mogłem wygrać w obu konkurencjach, ale nie opłacało mi się. Za pierwsze miejsce dawali narty z wiązaniami, a za trzecie piłkę. Oryginalną skórzaną. No to raz wygrałem, raz byłem trzeci. Bo po co mi dwie pary nart? - pyta retorycznie.



Łyżwy to był epizod. Po co mu zresztą były potrzebne, skoro zdobył już piłkę? - Mieliśmy nawet niezły zespół. Walczyliśmy o ówczesną drugą ligę. Pamiętam decydujący mecz o wejście do A-klasy, ja byłem wtedy przed maturą. To była jesień 1957. Graliśmy z zakładowym klubem ze Sławęcic, Blachownią. Przyjechali ciężarówką ze swoim sędzią. To co on wyprawiał, to nie da się opisać. A że na meczu były całe Markowice... Stłukli go tak, że został odwieziony do szpitala - opowiada Kostka. Ot i cała historia... aż do poniedziałku.



- Matka dawała mi wtedy raz w tygodniu 50 groszy na gazetę. A w poniedziałek, wiadomo, wszystkie wyniki, więc kupowało się „Sport". Ale tam nic o awanturze. Czyli jest spokój. Ale nie! Pamiętam jak dziś - lekcja języka polskiego, przyszła pani dyrektor, postrach szkoły. Walnęła w stół: „Kostka, na środek". Dała mi „Trybunę Opolską". „Czytaj" - mówi. No to czytam i nagle zaczyna mi się robić ciemno przed oczyma: „Chuligańskie wybryki w Markowicach. Na meczu o wejście do A-klasy w wyniku chuligańskich wybryków został pobity sędzia. Sprawcami tego byli prezes klubu i trzech piłkarzy: bramkarz Gacka, kapitan Dudek i Hubert Kostka". Ja w tym meczu dwie bramki strzeliłem, więc sędzia mnie zapamiętał i wpisał do protokołu - wyjaśnia Kostka, o którego przys złości w szkole miała zdecydować rada pedagogiczna.



- Zostałem zawieszony do momentu wyjaśnienia. Całe szczęście, że byłem dobrym uczniem, bo pewnie by mnie wylali. Na tym nie koniec. Przyjechałem ze szkoły do domu, a tu wezwanie do prokuratury. Na całe szczęście miałem świadków ze Sławęcic, dwóch kolegów, których poznałem na koloniach i którzy po meczu poszli ze mną do mojego domu, żeby się umyć i przebrać. Było jeszcze rozpoznanie i sędzia spośród 5 podejrzanych jako Kostkę wskazał innego chłopaka - mówi. I po chwili zastanowienia dodaje:

- W każdym razie później z sędziami walczyłem do końca trenerskiego żywota. I przez to karierę skończyłem.


Gra w piłkę nie przeszkodziła mu w nauce. W Górniku jako inżyniera szanowano go. A on siebie. Jeden z piłkarzy opowiada, że jak w wypłacie brakowało choćby grosza, to Kostka potrafił powiedzieć: „Albo przyniosą nam tu tego cholernego grosza, albo nie ruszamy się z szatni".


- W tamtych czasach dostać się do Górnika to była niezwykła rzecz. Jak ja przychodziłem, to oni byli już dwukrotnymi mistrzami Polski. I tamta drużyna, jeśli chodzi o liczbę wybitnych zawodników, była chyba nawet lepsza od tej naszej pucharowej - ocenia. - Mieli najlepszego piłkarza, jakiego widziałem po wojnie. A ja grałem ze wszystkimi najlepszymi albo przeciw nim, też jako trener. A więc nie Kaziu Deyna i nie Włodek Lubański, ale właśnie Ernest Pohl. Tyle że miał tę fatalną wadę... To nie jego wina. Myśmy zarabiali tyle, by żyć lepiej niż ludzie, ale nigdy tyle, żeby coś zaoszczędzić. Przecież ja grałem 3 lata w drugiej lidze (Unia Racibórz podczas studiów), cztery w pierwszej i dopiero wtedy mogłem sobie kupić pierwszy samochód. Zastawę 750 za 69 tysięcy złotych. A na gorzałę było stać wszystkich. O klasie Pohla niech zaświadczy, że jak byliśmy na turnieju w Niemczech na początku lat 60., zanim jeszcze powstała Bundesliga, Niemcy z RW Essen dawali za niego 100 tysięcy dolarów. 100 tysięcy!!! Pohl jednak meczów z Romą nie doczekał, trzy lata wcześniej skończył grę w Górniku.



Największy żal Kostka ma o to, że nie został selekcjonerem reprezentacji. Miał prawo czuć się rozczarowany, bo przecież trzykrotnie zdobywał mistrzostwo Polski. Raz z Szombierkami, dwukrotnie z Górnikiem. Kształcił się starannie. Ukończył AWF, jeździł po świecie, obserwował najlepszych, m.in. legendarnego Jocka Steina, nauczyciela sir Alexa Fergusona. Do dzisiaj imponuje ogromną fachową wiedzą na temat piłki. Naprawdę rzadko spotykaną u polskich trenerów. Mówi o systemach, ustawieniach, historii, rzuca nazwiskami piłkarzy jak z rękawa, ma doskonałą pamięć.



Tylko kawy nie może za dużo wypić.
- Mała kawka z mlekiem, nie więcej. Jestem po by-passach. Jak to mówią: starość, nie radość - żartuje.

Niedawno, po kilku latach nieobecności, powrócił na Górnika, na którego mecze nie chodził od momentu, gdy ochroniarz nie wpuścił go na stadion. A Kostka to Ślązak wyjątkowo zawzięty. Więc góra musiała przyjść do Mahometa. Przyjechał osobiście Łukasz Mazur, nowy prezes.
- Młody chłopak, stara się. A było to dodatkowo w okresie przedświątecznym, więc nie mogłem odmówić - żartuje Kostka.

Angefügte Bilder:
Aufgrund eingeschränkter Benutzerrechte werden nur die Namen und (falls vorhanden) Vorschau-Grafiken der Dateianhänge angezeigt Jetzt anmelden!
1272075491789.jpg
nach oben springen

#8

RE: Trocha Histori

in News 26.04.2010 19:33
von Gregor • ( Gast )
avatar

Jan Banaś: Kiedyś byłem królem

Gdybym mógł naprawić coś w moim życiu, do skorygowania byłoby sporo. Dokonałem wielu złych wyborów, których dzisiaj żałuję.

Jan Banaś wjechał właśnie swoim fiatem punto na stadion Górnika Zabrze. Zaparkował obok wypasionych aut piłkarzy i przeszedł obok nich obojętnie. 40 lat temu nikt obojętnie nie przechodził obok jego pięknego błyszczącego forda mustanga. Wtedy w Polsce było ponoć tylko pięć takich samochodów. Raz nawet miejscowi ukradli mu go, ale potem przeprosili najmocniej. Chcieli się tylko przejechać.


W Polonii Bytom miał sportowego fiata 850. W Stanach Zjednoczonych siedział za kierownicą chevroleta corvette. To było w latach 70., na długo zanim w Polsce taki samochód ktokolwiek widział.
- Na autostradzie migaliśmy sobie z innymi corvettowcami światełkami - wspomina. Samochody to było jego życie. Teraz mówi, że służą do przemieszczania się. Człowiek się zmienia wraz z wiekiem...


Do Stanów Zjednoczonych wyjechał w połowie lat 70. - Pojechaliśmy do Chicago, do polonijnej drużyny. Wygrywaliśmy po 15:0, co to za piłka? Kilka miesięcy straconych. Dostałem telefon od Jasia Gomoli i wyjechaliśmy do Meksyku. Tam była kupa forsy, ale zaraz nastąpiła wielka dewaluacja, 800 procent, i znowu byłem załatwiony - rozkłada ręce.


Zanim to jednak nastąpiło, żył jak król, nie martwił się o jutro. Biegał, strzelał i zwiększał budżet miejscowej policji.
- W Meksyku zatrzymywali mnie na każdym kroku. Miałem taką furę na amerykańskich numerach, więc byłem gringo z kasą. Za pierwszym razem nie chciałem płacić mandatu, przetrzymali mnie na komendzie. Czterech musiałem przekupić. Miejscowi poradzili: „Zawsze musisz mieć przy sobie banknot. Płacisz jednemu i jesteś bezpieczny". Od tej pory stale miałem w kieszeni przygotowane 100 pesos. Dawałem facetowi, a on: „Ja już cię więcej nie zatrzymam, od dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi". Ale za innych nie mógł ręczyć. Sporo było policjantów do utrzymania. W sumie zapłaciłem w Mexico City ponad 100 mandatów! - opowiada Banaś.



Meksykańskie przyzwyczajenia okazały się zgubne w USA.
- Zatrzymali mnie za przekroczenie prędkości na autostradzie, więc ja wyciągam banknot. A facet robi wielkie oczy. Szarpnął mnie z tego samochodu, rzucił o maskę, nogi szeroko rozstawił, przeszukał, mówi: „Wsiadaj do samochodu i za mną". Wsadził mnie za kraty. Z samego rana specjalnie ściągnęli sędziego. Pyta: „Ile jechałeś?". Mówię, że 50, może 60 mil na godzinę. Zapłaciłem 82 dolary. A na zakończenie sędzia powiedział: „Mam prośbę, żebyście nie budzili mnie w drodze powrotnej" - opowiada Banaś.
Miał życie pełne przygód. Wspomina te czasy z rozrzewnieniem, ale i kręci głową. - Gdybym mógł naprawić coś w moim życiu, byłoby sporo do skorygowania. Dokonałem wielu złych wyborów, których dzisiaj żałuję.
Dziś wraca z treningu trampkarzy, siada na kanapie i ogląda telewizję. Wszystkie mecze, filmy...
- I tylko nie ma się do kogo odezwać. Chwytałem wiele srok za ogon, ale do ołtarza nie dałem się zaciągnąć. Raz było bardzo blisko. Miałem narzeczoną, sporo sobie obiecywaliśmy, planowaliśmy wspólne życie. Wyjechałem za granicę, miałem zarobić trochę kasy i wracać. Tam zastał mnie stan wojenny. I nie wróciłem. Później też nie. Z dwóch planowanych lat zrobiło się kilka... - rozkłada ręce. Z narzeczoną kontakt się urwał. Czy miała pretensje... każdy by miał.


Życie Banasia to wieczne co by było, gdyby...
Najważniejsze pytanie: „Co by było, gdyby nie zdecydował się na ucieczkę do RFN?". Myśli o tym wracają regularnie i nie dają spokoju. W latach 60. to była jedna z najgłośniejszych historii w polskiej piłce.
23-letni wówczas Jan został w Szwecji, skąd udał się do Niemiec. Za namową ojca.


Paul Helwig, bo tak się nazywał ojciec, poznał Edytę Banaś, matkę Jana, we Lwowie. On tam stacjonował jako niemiecki żołnierz, ona pracowała w jednej z fabryk jako księgowa. Po wojnie wyjechała do niego do Berlina, gdzie urodził się późniejszy reprezentant Polski.


Na miejscu okazało się jednak, że Helwig ma rodzinę. Oszukana kobieta wróciła do Polski.
Ojciec odezwał się po raz pierwszy, gdy Jan miał już na koncie 13 meczów w kadrze. - Przez 23 lata nie przysłał nawet czekolady i nagle się zjawił, sporo naobiecywał - wspomina piłkarz.
W Niemczech, w Hoff, gdzie pracował ojciec, dostał posadę szofera u dyrektora miejscowego supermarketu. Ojciec namawiał: „Podpisz teraz ze mną umowę, że od każdego twojego transferu biorę 10 procent". Nie zgodził się i kontakt znowu się urwał.


Był na testach w FC Köln, chcieli go tam, ale FIFA nie wyraziła zgody. - Nie znałem konsekwencji ucieczki, wcześniej nie było takich głośnych przypadków. Miałem dopiero 23 lata i nie mogłem żyć bez piłki. Dlatego wróciłem do Polski. Zaraz mnie odwiesili - mówi.
Potem zgłosił się Górnik Zabrze, Polonia nie narzekała, bo jak mówi sam Banaś „zarobili na transferze do Górnika trochę wagonów węgla". A w Górniku wiadomo, pasmo sukcesów zwieńczone wspaniałymi meczami z Romą.
Wszystko wyglądało dobrze, ale nałożono na niego jedno nieoficjalne ograniczenie - zakaz wyjazdów do RFN.


- Z Romą grałem mecze, których nigdy nie zapomnę, ale najlepszy występ miałem z Bułgarią w eliminacjach olimpijskich. Strzeliłem dwie bramki, trzecią wypracowałem, załatwiłem awans, ale na turniej nie pojechałem... - mówi. Na mistrzostwa świata odbywające się w Niemczech dwa lata później też nie.
- Przepadły medale i... renta. Dzisiaj miałbym 1800 złotych więcej - oblicza. To dużo, bardzo dużo, bo teraz ma 700 złotych miesięcznie. Zawsze trochę dorabia. W latach 90. miał snack-bar w Mikołowie. Interes szedł świetnie, ale w końcu Polacy przestali masowo kupować hamburgery w przydworcowych budach. Dziś dzierżawi pawilon innym.


Jakoś sobie radzi. Prowadzi treningi dla 10-latków w Gwarku Zabrze. Marzy o tym, by Gwarek był dla Górnika jak barcelońska La Masia. Ma trudniej, bo po pierwsze Gwarek i Górnik średnio garną się do współpracy, a po drugie kiedyś na Śląsku talenty wyrastały jak grzyby po deszczu, a teraz jest pustynia.
- Dzisiaj jest różnie, bo dzieciaki zapominają, że talent to tylko mały procent, a później jest harówka. Jeśli nie kochasz futbolu, to nic nie zdziałasz - ocenia.
Po zakończeniu kariery piłkarskiej przez kilka lat mieszkał we Francji, gdzie trenował drugo- i trzecioligowe drużyny.


- Mam wszystkie dyplomy, wszystkie papiery, ale w pewnym momencie nie mogłem chodzić, biodra mi wysiadły. Ból był nie do zniesienia. A trener kaleka, który nie umie pokazać piłkarzom, jak kopnąć piłkę, jak się ustawić, jak zagrać, to żaden trener... Teraz mam endoprotezy - opowiada. Na operację wydał 50 tysięcy złotych, uzbieranych podczas meczu charytatywnego Górnika. Dzięki temu może pokazać dzieciakom, jak to się robi.


A czasem też opowie im jakąś historię z własnego życia. Interesuje to kogoś? Na pewno Jana Kidawę-Błońskiego, śląskiego reżysera „Skazanego na bluesa" (film o Ryszardzie Riedlu) czy „Różyczki" (film oparty luźno na historii Pawła Jasienicy). Teraz szykuje film o piłkarzu Górnika Zabrze lat 60. Będzie on oparty na biografii Jana Banasia.


- Gadamy od roku, gadamy, gadamy. Ciekaw jestem, co z tego wyjdzie - zastanawia się.

nach oben springen

#9

RE: Trocha Histori

in News 26.04.2010 19:34
von Gregor • ( Gast )
avatar

Alfabet Loski

Górnik Zabrze dzisiaj? Dla Henryka Loski, byłego znanego działacza śląskiego klubu i PZPN, to wielkie rozczarowanie.

Mówi, że gdziekolwiek się pojawi, tam ludzie pytają go: „Henryku, co tam się dzieje z tym pana Górnikiem?". Nie wie, co ma odpowiedzieć. Z perspektywy Warszawy trudno mu zdiagnozować wszystkie problemy. Kiedy on był na miejscu, drużyna była stawiana za wzór. Zresztą Zabrze, i to jest znamienne, wciąż żyje wielkimi sukcesami z przeszłości, głównie tymi sprzed 40 lat



JAK AKCJA RATUNKOWA
Długo pracowałem w kopalni jako kierownik robót górniczych i musiałem uzyskać uprawnienia ratownika. Brałem udział w wielu akcjach. Bardzo często było tak, że szliśmy po martwych ludzi. Zasada była jedna. Żadnego człowieka nie wolno było zostawić pod ziemią. Wyciągamy zawsze wszystkich. W latach 50. i 60. wypadków w kopalniach było dużo więcej niż teraz. Nie było takiej technologii i mechanizacji, jaką mamy obecnie.



JAK ADAM BANAŚ
Napastnik Górnika i reprezentacji Polski. Uwielbiał szybkie samochody. Zawsze miał wóz najlepszej klasy. Jak coś nowego pojawiało się na rynku, to w ciemno można było założyć, że Banaś tym przyjedzie. Adam był przystojniakiem. Miał powodzenie u kobiet. A rajdowe jazdy uprawiał na trasie Zabrze - Katowice.



JAK DOBRA WRÓŻKA
Tak Helenio Herrera nazwał moją żonę Krystynę. Słynny trener włoskiej Romy zapytany przez polskich dziennikarzy o to, którego z piłkarzy Górnika chciałby kupić, odpowiedział, że jego najbardziej interesuje ta pani spikerka z telewizji. Dowiedział się, że jak ona zapowiada mecze, to nasza drużyna zawsze wygrywa. „Przydałby mi się ktoś taki" - przyznał.



JAK EMIGRACJA
Górny Śląsk opuściłem w 1972 roku, kiedy zostałem przeniesiony do Państwowej Rady Górnictwa w Warszawie. Wtedy też zaproponowano mi działanie w wydziale szkolenia PZPN. Już w tym czasie miałem w stolicy świetne kontakty. Często widywałem się z trenerami Kazimierzem Górskim i Ryszardem Koncewiczem. W Górniku grało wtedy osiemdziesiąt procent reprezentacji, więc oni byli w Zabrzu stałymi gośćmi. Mnie w Warszawie od początku dobrze się układało. A gdy pojechałem do Niemiec przed mundialem w 1974 roku, to na miejscu okazało się, że z ludźmi, z którymi będę załatwiał różne sprawy reprezentacji, doskonale się znam. Z ich firmami współpracowałem wcześniej, będąc w Ministerstwie Górnictwa.



JAK FINAŁ PZP
Przegrany przez Górnika Zabrze finał Pucharu Zdobywców Pucharów z Manchesterem City (1:2) na wiedeńskim Praterze porównałbym do meczu z Niemcami w finałach mistrzostw świata w 1974 roku. Burza i wielka ulewa nad stadionem sprawiły, że ciężko się nam grało. Poza tym mieliśmy problemy logistyczne, no i rodziny przyjechały. Przed samym meczem musiałem Jurka Musiałka szukać, bo on biegał po sklepach i wybierał prezenty dla dzieci. W ostatniej chwili ściągnąłem go do szatni. To było dziwne spotkanie Staszka Oślizły. Zdobył bramkę, ale miał też udział przy jednej straconej.



JAK GÓRNIK

Kiedy ja byłem w Zabrzu, to był taki okres, że pracownicy kopalń byli dumni z Górnika. Każdy chciał mieć jakiegoś piłkarza na fikcyjnym etacie na swoim oddziale. Nigdy nie zapomnę, jak Alojzy Piontek, który po zawale w kopalni Rokitnica siedział siedem dni pod ziemią, pierwsze o co zapytał to; „jak grał Górnik". Nie obchodziło go, że właśnie uratowano mu życie. Jego interesował wynik ukochanej drużyny. Wtedy miłość górników do Górnika nie była wymuszona, ale szczera, autentyczna.



JAK HELENIO HERRERA
W mediach robił show. Rzucał zaklęcia, w ogóle robił niestworzone rzeczy. Jednak dobrze go poznałem i mogę powiedzieć, że to był nie tylko wielki trener, ale i normalny, dobry człowiek. Dwa tygodnie przed pierwszym spotkaniem z Romą byłem w Rzymie na obserwacji. Wtedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Przyjął mnie godnie, zachował się naprawdę fair.



JAK GEZA KALOCSAI
Wyjątkowy człowiek i trener z ogromnym autorytetem. Górnik był zbiorem talentów piłkarskich, które on świetnie poukładał i wykorzystał w meczach pucharowych. Mimo że był starszym panem, nie potrafił się oprzeć pięknym polskim kobietom. Nie wiem, czy miał z tego powodu kłopoty. Marian Olejnik, gdyby żył, mógłby więcej powiedzieć. Kalocsaia znam bardziej od strony sportowej. Pamiętam, jak kłócił się z prezesem Erykiem Wyrą. Gdy ten zwracał mu na coś uwagę, to Węgier mówił: „Prezesie, pan gada jak żurnaliści. A ja, piczku mater, wolę iść do kawiarni. Tam piję kawę i słucham, co ludzie gadają".



JAK HENRYK LATOCHA
Spotkaliśmy się niedawno na jubileuszu Górnika Lędziny, gdzie kiedyś byłem kierownikiem sekcji piłkarskiej. Jesteśmy nadal w kontakcie, czasami wspominamy sobie, jak Heniek przenosił się z Lędzin. Chciał go wtedy Franciszek Wszołek, prezes Zagłębia Sosnowiec. Jednak ja powiedziałem, że jak Latocha gdzieś przejdzie, to tylko do górniczego klubu. I porozmawiałem z wiceministrem Erykiem Porąbką, który w latach 60. opiekował się Górnikiem.



JAK ŁZY
Jako ratownik w górnictwie płakałem wiele razy. Jak wydobywałem spod ziemi zwłoki, ale też, gdy trzeba było iść do rodziny tragicznie zmarłego i powiedzieć, że mąż, brat, ojciec, nie żyje.



JAK MONETA
A właściwie żeton, którym losował sędzia trzeciego meczu z Romą. Na żywo tego nie widziałem, bo musiałem zostać w kraju. Pracowałem wtedy w Ministerstwie Górnictwa, a w klubie to była tylko praca dodatkowa, społeczna. Byłem bardzo szczęśliwy, bo jak zobaczyłem Romę pierwszy raz, to myślałem, że są nie do przejścia. Catenaccio, słynny system obronny, mieli dopracowany do perfekcji.



JAK NIEBIESCY
Panuje taka obiegowa opinia, że Górnik i Ruch, dwa śląskie kluby, żyły ze sobą jak pies z kotem. To jednak nieprawda. Miałem i mam w Chorzowie wielu znajomych. Przyjaźniłem się z Alojzym Dzielongiem, działaczem Ruchu. Serdeczne kontakty miałem i mam z piłkarzami, choćby z Cieślikiem. A niedawno dzwonił do mnie Grzegorz Wagner. Prawda jest więc taka, że jedyna wojna Górnika z Ruchem miała miejsce na szczeblu ministrów Wyry i Ryszarda Trzcionki.



JAK STANISŁAW OŚLIZŁO
Pamiętam, jak kapitan Górnika kupił działkę w Szczyrku. Tam Oślizłowie wybudowali dom, w którym bardzo często się spotykaliśmy na imprezach. To były niezapomniane chwile. Staszek przygrywał nam na fortepianie, a grał pięknie, jego małżonka Hela nalewała i śpiewała.



JAK PIERWSZY KLUB
Górnik Lędziny. Tam byłem prezesem, zanim przeniosłem się do Zabrza. Trenerem był u mnie Gerard Cieślik. W Lędzinach, poza Latochą, narodził się talent Romana Ogazy.



JAK RODZINA
Górnik Zabrze za moich czasów był wielką rodziną. Barbórka, Nowy Rok, sylwester, wszędzie byliśmy razem. Moja Krystyna jest na przykład matką chrzestną Hani, córki Staszka Oślizły. Jak się niedawno spotkaliśmy ze Staszkiem na jubileuszu, to widzieliśmy już jego wnuki, dzieci Hani. Poza tym do dziś mam kontakt z Kostką, Lubańskimi, Wilczkiem, Szołtysikiem czy Floreńskim. Jeśli kogoś pominąłem, to z góry przepraszam.



JAK SKRZYPCE
Tata chciał, żebym grał na skrzypcach, a ja wolałem piłkę. Byłem jednak w orkiestrze symfonicznej Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Po ukończeniu studiów trzeba się jednak było zająć zawodową pracą i na skrzypce nie było już czasu.



JAK TYCHY
Tam miałem pierwszy kontakt z piłką. Byłem zawodnikiem Polonii Tychy. Pomocnikiem. Naszym trenerem był Alfred Kokot, były piłkarz Górnika Zabrze. To była końcówka lat 50. Pamiętam, jak Kokot sprowadził nam kiedyś Górnika na mecz towarzyski. To było ogromne przeżycie. Zresztą jak pierwszy raz przyjechałem na Roosevelta, to wchodziłem na stadion jak do świątyni.



JAK WIELKA RADOŚĆ
Pierwszy półfinałowy mecz Pucharu Zdobywców Pucharu z Romą zremisowaliśmy 1:1. W rewanżu było 2:2, ale w regulaminowym czasie 1:1. Piłkarze nie wiedzieli, że te bramki z dodatkowego czasu gry nie mają znaczenia i będzie trzeci mecz. Jak wszedłem do szatni, to wszyscy siedzieli ze zwieszonymi głowami. Pytam ich: „Czemu się smucicie? Gramy dalej!".



JAK ZDERZENIE
Drugi mecz Górnika z Romą (2:2) oglądałem zza bramki. Stałem tam, gdy Włodek Lubański strzelił gola z karnego. Chwilę później się zderzyliśmy. On biegł w moim kierunku z rozłożonymi rękami, ja do niego i nagle stało się wielkie bum. Niewiele brakowało, a tego karnego by nie było. Sędzia się wahał. Jak oglądałem później spotkanie w telewizji, to zobaczyłem, jak Wilczek podszedł do arbitra i coś mu tłumaczył, a może nawet delikatnie popychał go brzuchem na pole karne.



JAK ŻONA
Krystyna była koleżanką mojej siostry Rity. Między nami było pięć lat różnicy. Teraz to nic, ale kiedyś to się o takich rzeczach mówiło głośno i ze zdumieniem. Ona miała siedemnaście lat, jak zaczęliśmy się spotykać. Dwa albo trzy lata byliśmy parą narzeczonych. W 1958 roku pojechałem na juwenalia do Krakowa i zabrałem studentkę PWST do kościoła na ślub.

nach oben springen

#10

RE: Trocha Histori

in News 26.04.2010 19:35
von Gregor • ( Gast )
avatar

Erwin Wilczek: Codziennie tenis i zakłady

W finale przegraliśmy z City, bo ktoś nam wmówił, że mamy kompleks Anglików. Najgorsze jest to, że do dzisiaj ciągle się ich obawiam.

Czym się teraz zajmuję? Dwa słowa: tenis i bukmacherka. To mnie tak wciągnęło, że codziennie jestem na korcie i w kolekturze. Rodzina narzeka, że tylko rakiety i kupony mi w głowie, ale też się cieszy, że mam jakąś pasję - mówi Erwin Wilczek, który jako pomocnik wystąpił we wszystkich trzech meczach Górnika z Romą. 37 lat temu wyjechał do Francji, do górniczego Valenciennes, gdzie żyje z rodziną do dzisiaj.
- Codziennie pojawiam się w klubie tenisowym, gdzie gram z dziadkami w moim wieku. Mamy nawet okręgowe rozgrywki ligowe oldbojów, w których idzie mi całkiem nieźle. Dzięki temu, że grałem tyle w piłkę, mam jeszcze sprawne nogi, po korcie mogę biegać i dwie godziny. Trzysetowe, wyrównane mecze nie są dla mnie problemem - mówi 16-krotny reprezentant Polski.


W Valenciennes mieszka z żoną Gertrudą, dwoma córkami i synem. Regularnie zajmuje się piątką wnuków i jak sam twierdzi, prowadzi przyjemne życie emeryta. - Przez kilkanaście lat pracowałem jako trener i dzięki temu dostaję sensowną emeryturę. A dorabiam sobie, obstawiając mecze. Wracając z klubu tenisowego zawsze wstąpię do bukmachera. Nie gram jednak na wariata, patrząc jedynie na kursy. Cały tydzień analizuję sytuację w klubach, na które chcę postawić - opowiada o kolejnej pasji Wilczek. Jak sam przyznaje, milionerem dzięki zakładom nie zostanie, ale kilkadziesiąt euro dziennie jest w stanie dorobić.
- Miałem świetny kupon na ostatni weekend. Mogłem wygrać prawie 90 euro, ale wszystko schrzanił mi Fabiański i jego Arsenal. Kiedy prowadzili 2:0 z Wigan, już planowałem, że kupię sobie nowe buty do tenisa... - mówił w niedzielę wieczorem po meczu Kanonierów.


Żeby zainteresować się tenisem, Wilczek musiał wyjechać aż do Gabonu. - Pracowałem w Afryce jako trener, koło domu był kort tenisowy i kiedyś sąsiad namówił mnie na granie - wspomina. W Gabonie jako szkoleniowiec odnosił spore sukcesy, między innymi z zespołem AS Sogara Port Gentil awansował do finału Pucharu Mistrzów. Potem przez chwilę prowadził reprezentację Gabonu. - W Afryce mi się znudziło, więc wróciłem do Francji, gdzie trenowałem mały klubik, z którym siedem razy wywalczyłem awans do wyższej ligi - wspomina Wilczek. - A od kilku lat jestem szczęśliwym emerytem.


Do Polski stara się przyjeżdżać chociaż dwa razy w roku, żeby odwiedzić znajomych i wypocząć na wczasach w Ustroniu. Z dawnych piłkarzy Górnika kontakt ma z Jerzym Gorgoniem, Stanisławem Oślizłą, Stefanem Florenskim i Zygfrydem Szołtysikiem. - Florka i Zygę kilka razy odwiedziłem w Hamm, jak organizowali mecze Górnika z Ruchem. Zawsze kiedy u nich jestem, muszę pojechać na działki i ocenić, czy zmieniły się na lepsze - mówi ze śmiechem.



Raz w roku jest w Górniku Zabrze. - Dla mnie to wielki klub i nie dlatego, że tam grałem. Jestem pełen podziwu dla działaczy, że pamiętają o byłych zawodnikach. Zawsze na święta dostanę kartkę z życzeniami, byli piłkarze są zapraszani na mecze i uroczystości. Teraz też zorganizowana została wielka impreza na czterdziestolecie meczów z Romą - mówi Wilczek.


Mimo że we Francji odbiera polską telewizję, z rodziną rozmawia w ojczystym języku, to na stałe do kraju wrócić nie chce. - Przecież ja ponad pół życia spędziłem już we Francji. To moja nowa ojczyzna, ale o tym, skąd pochodzę, doskonale pamiętam i nigdy się nie wyrzekłem Polski. Poza tym w Valenciennes jeszcze kilka lat temu było tyle kopalń co na Śląsku, więc czułem się jak w Polsce. Teraz jednak są już pozamykane - mówi.


Mecze Górnika z Romą i finał PZP z Manchesterem City ogląda zawsze, gdy jest z wizytą u państwa Florenskich w Hamm. Wilczek zresztą jako pierwszy wbiegł do szatni, żeby ogłosić piłkarzom, że los był po stronie Górnika. - Innym po prostu nie chciało się biegać - mówi ze śmiechem, a na poważnie dodaje: - Co z tego, że graliśmy w finale, skoro przegraliśmy, chociaż Manchester City wcale nie był lepszy od Romy. Przegraliśmy, bo ktoś nam wmówił, że mamy kompleks Anglików. Najgorsze jest to, że do dzisiaj się ich obawiamy - mówi Erwin Wilczek.

nach oben springen

#11

RE: Trocha Histori

in News 26.04.2010 19:36
von Gregor • ( Gast )
avatar

Władysław Szaryński: Gorszyciel górników z Rybnika

W zeszłym roku graliśmy w Sosnowcu pokazowe spotkanie i nie zszedłem z boiska nawet na minutę. Forma nadal dopisuje.

Kiedy w sierpniu ubiegłego roku, przed pierwszym meczem swoich podopiecznych, piętnastolatków z Zagłębia Sosnowiec, Władysław Szaryński policzył, który to jego sezon w piłce, wynik mocno go zdumiał. Zaczynał 53. rok.


- Na pierwszy trening Arkonii przyszedłem, mając 10 lat. W rodzinnym mieście nazywali mnie szczecińskim Szołtysikiem, taki byłem do niego -podobny - opowiada Szaryński. - Pamiętam mecz w Zabrzu, na który pojechałem jako 16-letni junior, dopiero wchodzący do pierwszego zespołu Arkonii. Zatrzymaliśmy się w hotelu Prezydent obok dworca kolejowego. W hallu słyszałem szepty gości: „O, patrzcie, Zyga Szołtysik przyszedł".


Do Górnika trafiłem w 1969 roku. To była droga trudna i wyboista, wiodąca przez Szczecin, Bydgoszcz i Rybnik. W Szczecinie uznano mnie za zdrajcę, groziła mi 3-letnia dyskwalifikacja. W Rybniku przeciwko mojemu odejściu do Górnika protestowały załogi kopalni, sposób przeprowadzenia transferu nazywając w oficjalnym piśmie „zgorszeniem". Zdemolowano samochód działaczy z Zabrza, którzy przyjechali na negocjacje do kopalni. Rozpoznano go dzięki rejestracji.


Mówili o mnie, że jestem pierwszym piłkarzem z Pomorza, który zrobił karierę na Śląsku. Drugim był Andrzej Szarmach. W drodze na tournee do Ameryki Północnej zatrzymaliśmy się na noc w Nowym Jorku. Mieszkał tam Ernest Pohl, legendarny napastnik Górnika. Zjawił się w naszym hotelu i poprosił: „Pokażcie mi tego synka ze Szczecina, co to tak dobrze radzi sobie u nas w Zabrzu".


Pięć lat gry w Górniku zakończyła kontuzja, z powodu której, tak uważam, straciłem szansę wyjazdu na mistrzostwa świata w 1974 roku. Złapałem ją w ostatniej minucie treningu. Rehabilitacja się ślimaczyła. Rok poprzedzający wyjazd do Niemiec spędzałem głównie u lekarzy. W następnym sezonie w Górniku pojawiło się pięciu nowych zawodników i zabrakło dla mnie miejsca. Czekali na to działacze Zagłębia Sosnowiec. Moja żona była w ciąży, oni zaoferowali nam mieszkanie. Tym mnie przekonali. W przyszłości planowałem wrócić w swoje rodzinne strony, ale sprawdziła się przepowiednia prezesa ROW Rybnik, który po moim transferze do tego klubu powiedział: „Będzie ci u nas tak dobrze, że zapomnisz o tym twoim Szczecinie".


Z Zagłębiem zdobyliśmy dwa razy z rzędu Puchar Polski, co do dziś pozostaje jednym z największych sukcesów klubu. Przez pięć sezonów opuściłem może cztery mecze. Jednocześnie kończyłem studia trenerskie na katowickiej AWF. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że poświęcę temu resztę życia.



W 1979 roku skontaktowali się ze mną szefowie drugoligowej Dunkierki. Już w momencie podpisywania kontraktu wiedziałem, że ten wyjazd jest spóźniony o kilka lat. Po 16 sezonach w seniorskiej piłce organizm coraz częściej się buntował, łapałem więcej kontuzji. Spędziłem jeszcze rok w RFC Hautrage, amatorskiej drużynie z Belgii, i wróciłem do Sosnowca. Zacząłem pracę z młodzieżą.


Jako trener pracowałem w różnych warunkach - od ligi okręgowej do ekstraklasy. Najmilej wspominam pracę w Stali Stalowa Wola, z którą wywalczyłem historyczny awans do ekstraklasy. Wcześniejsze trzynaście sezonów Stal grała w drugiej lidze. Na bankiecie z okazji awansu podchodzili do mnie piłkarze i z niedowierzaniem pytali „To prawda, że nam się udało?".


Przed sezonem pojechaliśmy na zgrupowanie do Algierii. Na lotnisku wpadłem na Stefana Żywotkę, trenera, który prowadził mnie jako 17-latka w Arkonii. Od tamtej pory nasze drogi się mijały. Spotkaliśmy się dopiero w Afryce. Żywotko prowadził miejscowe drużyny i organizował tam zgrupowania dla polskich klubów. Zapytał: - Władek, co ty tu robisz?
- Przyjechałem ze Stalą Stalowa Wola.
- Jako kto? Ty jeszcze grasz? - nie mógł uwierzyć, że ten kajtek, którego zapamiętał ze Szczecina, jest już trenerem.
W Stalowej Woli ludzie byli ciekawi wielkiej piłki. Stadion mieścił dziesięć tysięcy kibiców, na inauguracyjny mecz w ekstraklasie przyszło cztery tysiące więcej. Pamiętam trzy rzędy krzeseł, dziś to nie do pomyślenia, ustawione na bieżni, by wszystkich pomieścić. Mimo upływu tylu lat w Stalowej Woli ciągle o mnie pamiętają. To miłe.


Odkąd zacząłem pracę z młodzieżą, mniej czasu poświęcam na dorosłą piłkę. Na Górniku nie byłem od dawna. Już bardziej interesują mnie mecze oldbojów. W zeszłym roku graliśmy w Sosnowcu pokazowe spotkanie z okazji Dnia Dziecka i nie zszedłem z boiska nawet na minutę. Forma nadal dopisuje.
Sześć lat temu pojechaliśmy z Orłami Górskiego na mecz do Wielkopolski, nie pamiętam, kto był naszym przeciwnikiem. Miałem wtedy 57 lat. Na stadionie pojawił się prezes jakiegoś czwartoligowego klubu. Podszedł do mnie po spotkaniu.
- Chętnie podpisałbym z panem kontrakt!
- Nawet pan nie wie, ile mam lat.
- Wiem doskonale. Może pan nie wierzyć, ale to mi nie przeszkadza.
Po jego minie widziałem, że nie żartuje.

nach oben springen

#12

RE: Trocha Histori

in News 26.04.2010 22:53
von daweedzki | 140 Beiträge

dzieki za lektura Gregor ;)


nach oben springen

#13

RE: Trocha Histori

in News 27.04.2010 07:07
von dawid54 | 1.082 Beiträge

Gregor muszymy to na pamiec umiec na spotkaniu bydymy jakis test pisac-to jo na ta lekcja nie ida jo musza palaczowi pomuc wyngiel sciepnoc do kotlowni


hagen

nach oben springen

#14

RE: Trocha Histori

in News 29.04.2010 18:38
von JOHANN | 4.189 Beiträge

"Moje medale leżą sobie w szafie"
24 kwi, 06:00 Magazyn Sportowy Magazyn Sportowy
Jerzy Gorgoń wybija piłkę brazylijskiemu napastnikowi Jairzinho w meczu o 3. miejsce.


Z natury jestem taki, że szybko się dopasowuję. Przez 27 lat pracowałem w koncernie handlowym i rozdzielałem towary. Teraz jestem na emeryturze. Dni mijają spokojnie na wycieczkach. Co miesiąc przyjeżdża do nas polski ksiądz z Zurychu i spotykamy się w grupie 30-40 rodaków. Pomagam mu wtedy przy odprawianiu mszy. Zapalam świece i zbieram datki, chodząc z tacą. Nie przypuszczałem, że na stare lata zostanę ministrantem - mówi o sobie Jerzy Gorgoń, niegdyś ostoja defensywy piłkarskiej reprezentacji Polski, dwukrotny medalista olimpijski i medalista mistrzostw świata, na łamach "Magazynu Sportowego".

Magazyn Sportowy: Przypuszczał pan trzydzieści lat temu, że wyjeżdża z Polski na stałe?

Jerzy Gorgoń: - Jechałem do Sankt Gallen grać w piłkę i nie myślałem o przyszłości. Ale od kiedy dzieci zaczęły chodzić do szkoły, nie chciałem już ruszać się ze Szwajcarii. Zamieszkałem w spokojnej i czyściutkiej okolicy, bez kominów i fabryk. Piętnaście minut jazdy samochodem mam do góry, na którą wchodzę z żoną w ramach relaksu. Oprócz tego jeździmy rowerami czy wypoczywamy nad Jeziorem Bodeńskim.

Gdzie w tym wszystkim miejsce dla piłki?

- Nie ma, jedynie czasem obejrzę coś w telewizji. Odbieram TVP Sport i tam można zobaczyć archiwalne mecze. Niestety.

Dlaczego niestety?

- Ciągle żyjemy przeszłością, słynnymi meczami Górnika i Legii w europejskich pucharach i remisem na Wembley. Z drugiej strony dobrze, że mamy co wspominać. Po piłce mam pamiątki – bolący kręgosłup i zniszczone stawy skokowe. To efekt sposobu przygotowań do sezonu w Polsce, tysięcy skoków wykonanych przez płotki i 20-kilometrowych biegów w śniegu. Zdarzało się, że przez półtora miesiąca treningów nie widzieliśmy piłki.

Ile razy na obczyźnie myślał pan o powrocie do Polski?

- Nieczęsto. Europa jest otwarta – w każdej chwili mogę wsiąść w samochód, zatankować do pełna i przejechać 1050 kilometrów do Zabrza. Zajmuje mi to cały dzień. Daję radę, taki stary jeszcze nie jestem. W Mikulczycach, dzielnicy, w której się wychowałem, ludzie wciąż mnie rozpoznają. Widać pamiętają wielkiego Górnika.

Pamiętają wasze sukcesy, ale były też porażki. Proszę powiedzieć, jakim cudem w 1978 roku Górnik, m.in. z panem i Andrzejem Szołtysikiem w składzie, spadł z ekstraklasy, skoro rok wcześniej zajęliście w niej trzecie miejsce?

- Od czasu finału Pucharu Zdobywców Pucharów dużo się zmieniło w klubie, wyglądało inaczej organizacyjnie. Wielu zawodników pokończyło kariery, a ci, którzy zostali, mieli osiem lat więcej. W kilku meczach mieliśmy pecha, ale nie ma co o tym dzisiaj mówić. Spadek był szokiem i trzeba było się z niego otrząsnąć.

Po meczach z Legią trudno było zmobilizować się na spotkania ze Starachowicami czy Ursusem Warszawa.

- Z tym nie było problemów. Wiedziałem, że oczy wszystkich kibiców są zwrócone na mnie i nie mogę się ośmieszyć. Każdy nasz przyjazd powodował, że stadiony się zapełniały. Miejscowi przyjmowali nas ciepło, w końcu niecodziennie mogli oglądać u siebie reprezentantów Polski. Druga liga to była egzotyka. Przyszło nam grać na małych, krzywych boiskach, choć byliśmy przyzwyczajeni do dużych i równych. Przed meczami z Legią zazwyczaj spaliśmy w warszawskim Grandzie, a w Świdniku zatrzymaliśmy się w małym hoteliku z kratami w oknach i z nudów graliśmy w karty. Chyba po ośmiu kolejkach mieliśmy już taką przewagę, że byłem pewny awansu.

Tego samego nie można powiedzieć o obecnej sytuacji Górnika. Całkiem możliwe, że pobyt w pierwszej lidze wydłuży się o rok.

- Zwycięstwo Widzewa jest już pewne, więc może udałoby się awansować z drugiego miejsca? Co ja mówię, jakie może. Górnikowi musi się udać! Śledzę jego wyniki i, no cóż, niewiele dobrego na razie można powiedzieć. Może piłkarzy zmobilizuje planowana przebudowa stadionu. Na nowym musi być ekstraklasa. Gra w niższej lidze nie powinna być końcem świata dla ambitnych zawodników. Na swoim przykładzie wiem, że także tam można zdobyć doświadczenie. Po naszym spadku wiele osób pytało mnie, czy odejdę z Zabrza. Nie odszedłem, bo cenię przywiązanie do barw klubowych.

Dwa lata później odszedł pan do Sankt Gallen.

- Postanowiłem spróbować czegoś nowego w Europie. Miałem też propozycję z Grecji, ale w decydującym momencie zabrakło konkretów. Pograłem trzy lata w Sankt Gallen i skończyłem poważne kopanie, bawiłem się jeszcze piłką w amatorskich klubach. Ale nawet tam były nerwy, stres. Któregoś dnia zapytałem siebie: „Do czego ci to potrzebne? Masz prawie 40 lat i dość chaosu w twoim życiu”.

Piłka to chaos?

- To cygańskie życie. Mógłbym wrócić do Polski, pewnie zostałbym trenerem i co dalej? Wygrywałbym – nosiliby mnie na rękach. Przegrałbym kilka meczów i każdy chciałby mnie rozszarpać, żądał zwolnienia. Znów trzeba byłoby się przeprowadzać. I tak w kółko – z Warszawy do Gdańska, z Gdańska do Wrocławia, z Wrocławia do Białegostoku...

Zamiast piłki wybrał pan inne życie.

- Z natury jestem taki, że szybko się dopasowuję. Przez 27 lat pracowałem w koncernie handlowym i rozdzielałem towary. Teraz jestem na emeryturze. Dni mijają spokojnie na wycieczkach. Co miesiąc przyjeżdża do nas polski ksiądz z Zurychu i spotykamy się w grupie 30-40 rodaków. Pomagam mu wtedy przy odprawianiu mszy. Zapalam świece i zbieram datki, chodząc z tacą. Nie przypuszczałem, że na stare lata zostanę ministrantem.

Spogląda pan czasem na swoje trofea – medale z dwóch igrzysk olimpijskich czy ten za trzecie miejsce w mistrzostwach świata w Niemczech?

- Moje medale leżą sobie w szufladzie. Z pamiątek codziennie widzę Złoty But, nagrodę dla najlepszego polskiego piłkarza redakcji „Sportu”. To dlatego, że stoi obok telewizora. Zatrzymam się na nim nieraz wzrokiem, ale nie na długo. Prowadzę już inne życie.

Rozmawiał ŁUKO
Źródła: Magazyn Sportowy



JEBAĆ BURŻUJI !!! JEBAĆ PATOLOGIA !!! A WSZYSTKO NA SPONTANIE

nach oben springen

#15

RE: Trocha Histori

in News 29.04.2010 20:01
von Caluj • ( Gast )
avatar

Johann widza ze doles caly tyn artykol
Tyn artykol je zajebysty dobrze zech do Ciebie dzwoniol heeee
amen

nach oben springen

#16

RE: Trocha Histori

in News 29.04.2010 20:36
von czacha-hamburg | 1.599 Beiträge

jak tyn czas leci, Gorgon juz je rentnerem , a my dylyj jezdzymy


Górnik to religia ! Wiara nasza wiara niezachwiana , bo jest w Tobie zakochana... Swoich kibiców masz.

nach oben springen

#17

RE: Trocha Histori

in News 02.05.2010 12:38
von jedrus | 203 Beiträge

Kibic niy mo rynty jezdzi do konca

nach oben springen

#18

RE: Trocha Histori

in News 22.05.2010 03:49
von Elosiekiero • ( Gast )
avatar

znalazlem gdzies w internecie, myślę ze dość ciekawe!

Jak powstał Górnik?
Założył go Julian Gajdzicki, barwna postać, z życiorysem na film. Syn polskiego zesłańca na Syberię i Rosjanki, tam zresztą urodzony, do Polski przywędrował aż z Władywostoku.
Walczył w kampanii wrześniowej, potem u gen. Maczka, pod Tobrukiem, wzięty do niewoli uciekł ze stalagu do Austrii. Doczekał tu końca wojny i stamtąd wraz z żoną wybrał się do Zabrza.
Gajdzicki pracował w kop. Concordia, potem w górniczych związkach zawodowych.
I wpadł na pomysł, aby połączyć kilka małych klubików, bo jeden większy miałby też większą siłę przebicia.
14 grudnia 1948 roku z czterech - Pogoni, Concordii, Skry i KS Zabrze powstał górniczy Zakładowy Klub Sportowy „Górnik”.
Władzy w nim z początku nie sprawował, bo był podejrzany dla UB, ponoć w czasie kilku przesłuchań wybito mu przednie zęby, ale to był twardziel – tak go wspominają w klubie.
-Większy Hanys niż rodowici Ślązacy z Zabrza! – śmieją się ci co go znali.
Po „odwilży” zaczął pełnić ważne funkcje w mieście, był m.in. wieloletnim szefem zabrzańskiego okręgu piłki nożnej, współtwórcą stadionu Walki Makoszowy, szefem PTTK w mieście, itp.
Zmarł 5 marca 1994 roku, pochowano go na cmentarzu Czołgistów, ledwie kilkaset metrów od stadionu Górnika.

nach oben springen

#19

RE: Trocha Histori

in News 22.05.2010 04:09
von dawid54 | 1.082 Beiträge

Zitat von Elosiekiero
znalazlem gdzies w internecie, myślę ze dość ciekawe!

Jak powstał Górnik?
Założył go Julian Gajdzicki, barwna postać, z życiorysem na film. Syn polskiego zesłańca na Syberię i Rosjanki, tam zresztą urodzony, do Polski przywędrował aż z Władywostoku.
Walczył w kampanii wrześniowej, potem u gen. Maczka, pod Tobrukiem, wzięty do niewoli uciekł ze stalagu do Austrii. Doczekał tu końca wojny i stamtąd wraz z żoną wybrał się do Zabrza.
Gajdzicki pracował w kop. Concordia, potem w górniczych związkach zawodowych.
I wpadł na pomysł, aby połączyć kilka małych klubików, bo jeden większy miałby też większą siłę przebicia.
14 grudnia 1948 roku z czterech - Pogoni, Concordii, Skry i KS Zabrze powstał górniczy Zakładowy Klub Sportowy „Górnik”.
Władzy w nim z początku nie sprawował, bo był podejrzany dla UB, ponoć w czasie kilku przesłuchań wybito mu przednie zęby, ale to był twardziel – tak go wspominają w klubie.
-Większy Hanys niż rodowici Ślązacy z Zabrza! – śmieją się ci co go znali.
Po „odwilży” zaczął pełnić ważne funkcje w mieście, był m.in. wieloletnim szefem zabrzańskiego okręgu piłki nożnej, współtwórcą stadionu Walki Makoszowy, szefem PTTK w mieście, itp.
Zmarł 5 marca 1994 roku, pochowano go na cmentarzu Czołgistów, ledwie kilkaset metrów od stadionu Górnika.


jo to znom i ci podaruja ksiaszka powstanie gornika


hagen

nach oben springen

#20

RE: Trocha Histori

in News 22.05.2010 08:39
von Caluj • ( Gast )
avatar

Czacha a to moj wielki idol Jerzy Gorgon jeszcze go pamiyntom jak grol Kay som te synki z tamtych lot pra

nach oben springen



Besucher
0 Mitglieder und 6 Gäste sind Online:

Wir begrüßen unser neuestes Mitglied: figa1978
Forum Statistiken
Das Forum hat 293 Themen und 22485 Beiträge.

Heute waren 2 Mitglieder Online:
bombel07, Gregor

Besucherrekord: 59 Benutzer (18.03.2010 14:33).