#121

RE: Trocha Histori

in News 11.10.2014 09:38
von Gregor | 8.400 Beiträge

Legendy Górnika trafiły do Klubu Wybitnego Reprezentanta Polski



Przed meczem eliminacyjnym mistrzostw Europy pomiędzy Polską i Niemcami, kolejni znakomici przed laty piłkarze Górnika trafią do Klubu Wybitnego Reprezentanta Polski. W tym szacownym gronie znajdą się m.in. Stanisław Oślizło i Zygmunt Anczok.

Klub Wybitnego Reprezentanta, poprzez uhonorowanie najwybitniejszych piłkarzy Polski, daje wyraz uznania dla ich talentu, cech charakteru, sportowych dokonań i wkładu w rozwój polskiego piłkarstwa. Członkami Klubu zostają piłkarze, którzy w pierwszej reprezentacji rozegrali minimum 80 meczów międzypaństwowych. Członkami honorowymi klubu mogą ponadto zostać kadrowicze, którzy nie rozegrali wymaganego minimum spotkań, jednak wyróżnili się szczególnymi osiągnięciami sportowymi oraz postawą poza boiskiem.

- Nie mam na koncie wymaganej ilości spotkań, ale zmieniły się kryteria i zostałem zaproszony do Warszawy – przyznaje Oślizło, aktualnie doradca zarządu Górnika Zabrze. - Zagrałem 58 spotkań w reprezentacji Polski, ale w tej liczbie była tylko jedna „połówka”. W sobotę przed meczem z Niemcami mam dostać nominację do tego Klubu. Bardzo się cieszę z tego wyróżnienia, w końcu zostałem doceniony, tak jak „Zyga” Anczok i inni wybitni piłkarze Górnika – dowodzi Oślizło.

Oślizło i Anczok obowiązkowo obejrzą na Stadionie Narodowym elektryzujący wszystkich mecz biało-czerwonych z Niemcami. Jako ciekawostkę podajmy, że w pierwszym powojennym spotkaniu tych drużyn (1959 r., Hamburg, 1:1), zagrało dwóch piłkarzy Górnika Zabrze. Mianowicie Ernest Pohl i Stefan Florenski.

http://www.pzpn.pl/federacja/klub-wybitnego-reprezentanta

nach oben springen

#122

RE: Trocha Histori

in News 05.12.2014 18:16
von OSEMKA | 1.743 Beiträge

Dla nas to całe życie

nach oben springen

#123

RE: Trocha Histori

in News 14.12.2014 12:07
von Gregor | 8.400 Beiträge

14 grudnia 1948 r. Został założony klub Górnik Zabrze

Zmiany organizacyjne w polskim sporcie przeprowadzane na wzór radziecki doprowadziły do likwidacji małych, lokalnych, klubów sportowych. W ich miejsce miały powstać duże kluby związane organizacyjnie z gałęziami gospodarki, fabrykami czy instytucjami państwowymi (wojsko, milicja). Tak stało się też i na Śląsku. Wydział Wychowania Fizycznego i Sportu Centralnych Związków Zawodowych Górników doprowadził do połączenia działających w Zabrzu klubów Górniczych: KS "Zjednoczenie", KS "Concordia", KS "Pogoń" i KS "Skra". Nowy klub otrzymał nazwę Górniczy Zakładowy Klub Sportowy "Górnik".

Jego patronem były kopalnie Zabrzańskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego. Pierwszym prezesem klubu został Filip Sieroń - działacz Komunistycznej Partii Górnego Śląska a później PPR i PZPR. Klub posiadał 12 sekcji sportowych, z których najbardziej znana była sekcja piłki nożnej.

Piłkarze z Zabrza pierwszy mecz rozegrali na początku 1949 roku przeciwko rezerwom Pogoni Zabrze. W historii klubu jako pierwszy oficjalny mecz odnotowano spotkanie towarzyskie z Szombierkami - 27 lutego 1949 zabrzanie przegrali u siebie 1:2 (1:1). W pierwszym meczu międzynarodowym grali z drużyną występującą pod szyldem Armii Radzieckiej (grali w niej żołnierze sowieccy stacjonujący na Górnym Śląsku) - przegrali 2:4 (1:2).

Debiut w najwyższej piłkarskiej lidze przypadł 18 marca 1956 - Górnik Zabrze wygrał wtedy z Ruchem Chorzów 3:1. Od tego czasu Górnik Zabrze 14 razy zdobywał mistrzostwo Polski, 6-krotnie Puchar Polski.

W latach 1963-1967 Górnik ustanowił rekord ligi polskiej - pięć razy z rzędu zdobywał mistrzostwa Polski. W drużynie grali wówczas znakomici piłkarze: Hubert Kostka, Ernest Pol, Zygfryd Szołtysik, Stanisław Oślizło, Erwin Wilczek czy Roman Lentner. Później do pierwszej drużyny dołączyli Jerzy Gorgoń, Włodzimierz Lubański (w Górniku od 1962 roku), Andrzej Szarmach.

Na przełomie lat 60/70 -tych Górnik był polską drużyną "eksportową" - jego zmaganiom na arenie międzynarodowej kibicowała cała Polska.

W sezonie 1969/70 Górnik Zabrze awansował do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Mecze półfinałowe z drużyną AS Roma przeszły do historii polskiej piłki nożnej: po dwóch spotkaniach wynik był nierozstrzygnięty i o awansie decydował trzeci mecz, w którym padł remis. O zwycięstwie polskiego zespołu zdecydował... rzut monetą.

W finale Górnik Zabrze zagrał na stadionie we Wiedniu z Manchesterem City. Mecz przegrał 1:2 a jedyną bramkę strzelił Stanisław Oslizło.


,

nach oben springen

#124

RE: Trocha Histori

in News 27.05.2015 19:18
von Gregor | 8.400 Beiträge

REPORTAŻ Samotność króla życia


Ma twarz byłego zwycięzcy. Nietrudno go rozpoznać w zalewie przechodniów na Placu Niepodległości w Łodzi. Wysoki, niepewnie się uśmiechający, utykający na jedną nogę. Idzie powoli, przestał się spieszyć jakieś piętnaście lat temu. – Najbliższe prawdy będzie, jak powiem, że karierę przetańczyłem, talent roztrwoniłem. Alkohol był zawsze. Ale opowiem o czymś jeszcze straszniejszym. O samotności po zakończeniu kariery – zaczyna Krzysztof Baran, były piłkarz m.in. Łódzkiego KS i Górnika Zabrze, 10-krotny reprezentant Polski.

– Wydawało mi się, że będę wiecznym piłkarzem, a zostałem z ręką w nocniku. Żyję za 529 złotych renty socjalnej miesięcznie. I tak nie jest źle, podnieśli z 444 złotych. Aha, no i czasem opieka społeczna dopłaci na dożywianie, w ramach możliwości. Różnie dają – 40 złotych, 60, 100. Przed Świętami Bożego Narodzenia, kiedy im coś zostanie, dorzucą nawet więcej. Ale to wyjątki. Szkoda, że święta nie wypadają co miesiąc.

Zakupy w Peweksie

Jaki byłem? Król życia. Tak się czułem. Z rodziną żyliśmy na poziomie niedostępnym dla zwykłych ludzi. Była tylko kwestia, gdzie jutro kupujemy i brało się pieniądze z kupki.

Miałem na kogo wydawać. Dzieci rosły, żona lubiła zakupy, to takie rzeczy mnie kosztowały. Chodziła do Peweksów czy innych sklepów, gdzie normalni ludzie nie zaglądali, bo ich nie było stać. Syn dostawał ubranko, nosił dwa razy i już się nie nadawało, a ona oddawała znajomym.

Nie zastanawiałem się nad przyszłością, myślałem, że pieniądze będą zawsze. Najlepiej płacili w Górniku Zabrze, kiedy zdobyliśmy mistrzostwo Polski. Zresztą jak mieliśmy nie zdobyć, skoro pół reprezentacji u nas grało – Rysiek Komornicki, Andrzej Iwan, Jasiu Urban, Józek Wandzik w bramce. Mocni byliśmy. W Pucharze Europy powinniśmy ograć Real Madryt, zabrakło skuteczności. Przegraliśmy oba mecze nieznacznie (0:1 i 2:3), strzeliłem gola, a powinienem kilka.



Górnik był najlepiej poukładanym klubem w Polsce. Wypłaty na czas, dostaliśmy umeblowane mieszkanie, talon na samochód, jak trzeba było kierownik pomógł załatwić mięso w sklepie. Rządził Jan Szlachta, potężny minister ze Śląska. Średnia pensja w Polsce wynosiła od 3 do 5 tysięcy złotych, górnik zarabiał 10-11 tysięcy, a my za wygrany mecz za trzy punkty (według regulaminu trzeba było wygrać różnicą trzech bramek) dostawaliśmy 300 tysięcy. Na głowę! I najczęściej tak wygrywaliśmy. No tak jak się miałem czuć, jak nie król życia.

Dancingi i szampan

Szybko poznałem siłę pieniędzy. Jako 16-latek grałem już w Gwardii Warszawa w drugiej lidze. Miałem dostawać 600 złotych, brałem 300. Drugą połowę zabierał kierownik: „Jak się młody sprawdzisz, będzie całość” – usłyszałem. Przez pół roku mnie tak doił. Kiedy wywalczyłem miejsce w składzie, powiedziałem dość. Nie protestował, przekazywał już normalnie. Grałem w ataku z Darkiem Dziekanowskim i Markiem Banaszkiewiczem. Warszawiacy mówili, że przychodzą na stadion popatrzeć na nasze trio. Dzięki nam zapominali, że Gwardia to milicyjny klub, której nigdzie się nie kochało.

Zarobki rosły i jakoś to wyglądało. Na co wydawałem? Na zabawę. Dyskoteki. W Warszawie modne były Hybrydy. Bawiłem się też w Domach Centrum albo na dancingach na Placu Konstytucji. Zależało, gdzie nogi poniosły. Bardziej popularni byli legioniści, ale nam to nie przeszkadzało. Różne trunki się piło. Jak nie piwo, to szampana. Butelka w rękę i na parkiet. Szampan robił wrażenie na dziewczynach, myślę, że do dziś pewnie tak jest.

Dużo mogłem wypić. Dwa-trzy szampany albo i więcej. Najlepiej smakowały po wygranym meczu, można było w siebie wlewać. Po porażce miały cierpki smak. Zdarzało się, że i cały tydzień balowałem, pamiętam takie przebłyski. Nie było to fair wobec kolegów, piłem do czwartej, a o jedenastej grałem mecz. I jeszcze się zakładałem o skrzynkę piwa, że strzelę gola. Strzeliłem, przyjeżdżałem znów na imprezę, a skrzynka już stała.

Po transferze do ŁKS już tak nie balowałem. Warszawa potrafiła ukryć, nie byliśmy rozpoznawalni, a w Łodzi to już inaczej. Piło się w domu.

Byłem już żonaty. Mieszkaliśmy obok siebie na Mokotowie, poznałem ją w podstawówce. Chodziłem do ósmej klasy, ona do piątej. Grałem z jej bratem w piłkę na osiedlu. Kiedy miałem 21 lat, a ona skończyła 18, wzięliśmy ślub. Na początku pięknie się to układało, nie żałowałem jej pieniędzy. Była tego warta, żeby jak to się mówi, inwestować.

Parówki w chłodni

Kiedy skończyłem grać, zostało nam 25 czy 30 tysięcy dolarów. Pracy nie miałem, no to trzeba było ciągnąć z kupki. No i tak się brało, człowiek tego kontrolował. Po dwóch latach zorientował się, że nic nie ma. Zaczęło się chrzanić.

Żona coraz częściej wypominała, że nie ma pieniędzy, brakowało ich jej. Przyzwyczaiła się, że stać ją na wszystko, też była rozrywkowa. I tak się zaczęło. Zaczęła bywać w swoim towarzystwie, dowiedziałem się, że mnie zdradza. Jesteśmy wiele lat po rozwodzie, inaczej ułożyła sobie życie. Mamy czwórkę dzieci, po rozstaniu urodziła piąte, nie moje. Zresztą później długo mieszkaliśmy jeszcze razem, ona w swoim pokoju, ja w swoim. I dzieci obok.

Jako piłkarz w ogóle nie miałem problemów ze zdrowiem. Co najwyżej obtarcia czy zwichnięcia, nigdy nic poważniejszego. Po skończeniu kariery wszystko na mnie spadło. Jedna operacja kręgosłupa, druga, trzecia.

Wcześniej, jak już tych pieniędzy zabrakło, zacząłem pracę w zakładach mięsnych. Kręgosłup bolał coraz mocniej. Zdarzyło się, że 1,5 tony mięsa trzeba było ciągnąć z jednego miejsca na drugie. Albo pakować parówki na eksport do Rosji. Wszystko w chłodni, minus dwadzieścia parę stopni. Raz wracałem z pracy, nie zdążyłem wyjść z tramwaju i jakby mnie sparaliżowało. Szczęście, że obok następnego przystanku był szpital. Lekarz zdiagnozował rwę kulszową.

Kląłem na czym świat stoi, bo koło nosa przeszła premia. To była szansa na lepsze pieniądze. Normalnie zarabiało się 400 złotych, ale można było dodatkowo dostać premię 600 czy 700 złotych. Jest różnica, co? Tylko nie można było żadnego dnia w robocie opuścić. Wszyscy, którzy tam pracowaliśmy, baliśmy się jednego – choroby. Wróciłem na miesiąc, ale już nie dałem rady z bólu.

Wciskanie w ścianę

Po koniec sierpnia miałem kolejną operację, czwartą już. Tym razem wszczepili endoprotezę. Lekarz pozwolił wybrać, którą nogę najpierw robimy: prawą czy lewą. Mówił, że teoretycznie lewa jest trudniejsza do zoperowania, nie wiem, z czego to wynika. No to ją wskazałem.

Do zrobienia została prawa noga. Operację mam mieć za dwa lata, na pierwszą też tyle czekałem. Powiedziałem sobie, że lepiej późno niż wcale. Raczej nie da się przyspieszyć, no chyba, że ktoś z listy oczekujących umrze. Kiedy zadzwonią i powiedzą: „Panie Krzysztofie, operujemy”, od razu się kładę. No bo ile tak można wytrzymać?

Nie śpię od ponad trzech lat, tylko zamykam oczy. Człowiek się położy, żeby ulżyło, a ból się jeszcze nasila. Noga zaczyna skakać. Mam nową kobitę, ona mówi: „Człowieku ty mnie wciskasz w ścianę. Połóż się z brzegu, bo kopiesz”. Takie odruchy mam. Chyba będzie musiała się przenieść ze spaniem do drugiego pokoju.

Odstawiłem środki przeciwbólowe. Ketanolu tyle się nałykałem, że mam wrzody. Niby brałem leki osłonowe, ale niewiele to dało. Jedyne, co pomagało, to środki nasenne, ziołowe. Wziąłem i przez godzinę-półtorej miałem spokój. Ale jak się przebudziłem, to już koniec. Znów ból.

Szóstka w totka

Przyzwyczaiłem się do niego. Różny jest, łagodny i gwałtowny. Jak mnie złapie na ulicy, to się boję, że się przewrócę. Nagłe uderzenie, noga ucieka. Są dni, że mogę przespacerować i paręnaście kilometrów, ale też takie, że ledwo przejdę z łazienki do kuchni.

Po drugiej operacji wyjechałem na rehabilitację do uzdrowiska w Ustroniu Górskim. Poczułem ulgę, dobrze się tam mną zajęli. Codzienne ćwiczenia, zabiegi, gimnastyka. Pomogło. Nie stać mnie na drugi taki wyjazd, ale będę się starać o dofinansowanie. Może się uda. Nie mam możliwości zapłacić za siebie.

No chyba, że trafię szóstkę w totolotka. Gram od ponad trzydziestu lat i zawsze skreślam te same numery. Wybrał je tata, przejąłem te liczby po jego śmierci. Wszystko lata obok, a nie ma tych upragnionych numerów. Piątki nigdy nie trafiłem, najwyżej czwórkę. Dostałem 300 złotych. Ktoś mi kiedyś tłumaczył, że jeśli skreśla się te same numery przez 20 lat, to nie ma bata – musi przyjść szóstka. Więc ciągle wierzę. Oczywiście gram, jak są pieniądze. Mam nadzieję, że moja szansa nie przepadła, bo nie puszczałem kuponu w każdym losowaniu. Może wtedy wpadło. Na wszelki wypadek nie sprawdzałem.

Głównie to mam długi. Z mieszkania mnie wyrzucili, albo jak to się ładnie mówi: wyeksmitowali. Zadłużenie będzie w granicach 50 tysięcy złotych. Tyle się zebrało przez kilka lat niepłacenia. Klucze jeszcze do niego mam, ale już tam nie chodzę. Mieszkam u znajomej, poznaliśmy się dwa lata temu.

Wcześniej mieszkałem z byłą żoną. Zaproponowałem jej opłaty po połowie – 250 złotych. Ona nie płaciła, to i ja przestałem. Na udry poszło, niestety, a dług rósł. Może niepotrzebnie człowiek się zawziął i mógł płacić. Tylko co wtedy, jeżeli nie miałbym za co żyć. Ile by zostało, 200 złotych?

Mam jeszcze zadłużenie za alimenty, kolejne 50 tysięcy. Sąd nakazał płacić miesięcznie 1,5 tysiąca złotych na dzieci, nie miałem z czego. Sędzia stwierdził, że jest bank alimentacyjny i z tego będą szły pieniądze. Mój dług rośnie. Komornicy w kolejce się ustawili, ale poczekają darmozjady. Renty socjalnej nie mogą dotknąć.

Wyścigi w sprzątaniu

Na kilka lat się zawiesiłem, lepiej mi było w swoim świecie od pierwszego do pierwszego. Dostać rentę i kupić sobie jakiś alkohol, piwko albo spirytus rozrabiany. Mocno trzepał. Zawsze się kogoś znalazło do kieliszka. Przynajmniej człowiek miał wolnego słuchacza obok siebie i nie pił w samotności. Opowiadałem o starych czasach, innych to interesowało.

Któregoś dnia zaczepił mnie kolega syna, grał w RKS Łódź: „Panie Krzysztofie, nie chciałby pan zostać naszym trenerem? Nie mamy nikogo”. Nie wiedziałem, czy jest sens, ale pojechałem na trening. I zostałem, dwa czy trzy lata ich prowadziłem ich w piątej lidze. Odżyłem. Na dalszą pracę nie pozwoliło zdrowie. No bo co to za trener, który żadnego ćwiczenia nie może pokazać. Zwinny musi być, a nie niedołężny. Piłki nie mogę kopnąć na pięć metrów, tylko ją co najwyżej turlać.

Zostałem w RKS, sprzątałem szatnie czy halę. Już wtedy wszystko robiłem z wielkim bólem. Mówili: „Krzychu, trzeba trochę szybciej to robić”. „A co ja na wyścigach jestem? Przecież ledwo chodzę” – odpowiadałem. No i tak narzekali, aż jakiegoś gościa znaleźli i mnie wymienili. Sprawniejszy, mógł robić szybciej.

Dzień przed telewizorem

W lipcu skończę 55 lat, do pracy nie mogę iść przez te bóle. Zresztą gdybym jakąś znalazł, to zaraz wypłatę komornik by zabierał. Na jedno wyjdzie. Siedzę więc całymi dniami przed telewizorem. Dzień mija jak każdy. Ciągle to samo. Wstaję, oglądam rano powtórki „Malanowskiego”. Może to śmieszne, ale co mam robić? Posprzątam w mieszkaniu, przygotuję obiad dla kobity i znów przed telewizor. Dopóki ona nie wróci, mam władzę i mogę poskakać po kanałach. Później jest przechwyt pilota i koniec. Na Polsacie leci serial „Pierwsza miłość” i muszę powiedzieć, że wciągnąłem się w niego, mimo, że oglądam od tysiąc któregoś odcinka. Obejrzymy wspólnie, później mamy jakiś temat.

Czasami z kumplami wyjdzie się na piwko. Przeważnie po odbiorze renty. Stać wtedy człowieka, żeby sobie kupić i się nie prosić. Chciałbym odnowić kontakt z kolegami z boiska. Bo był czas, że odwróciłem się od wszystkich. Przestałem przychodzić na mecze ŁKS-u, zerwałem ze starym towarzystwem. Wstydziłem się za siebie. Pieniądze się skończyły, nie stać mnie było, żeby wypić piweczko. Inni się spotykali, mieli kasę, a ja nie. Przyzwyczaiłem się, że to ja stawiałem. Lubiłem to robić, byłem zadowolony, że ktoś ze mną siedzi i pije. Jak już zabrakło pieniędzy, to głupio się czułem.

Niedawno pojechałem do Warszawy na premierę książki Darka Dziekanowskiego, wcześniej z PZPN dostałem zaproszenie na mecz Polski z Urugwajem w Gdańsku. Sekretarka prezesa Bońka dzwoni regularnie, że mają dla mnie wejściówkę na mecz kadry. Zazwyczaj odmawiam, bo nie stać mnie na bilet pociągowy. To są jednak koszty. Kiedyś pomógł też Polski Związek Piłkarzy, dostałem od nich chyba tysiąc złotych. I też się odgrodziłem. Wstyd jest, bo nigdy nie chciałem nikogo o cokolwiek prosić.

Żyć jak pan

Cierpliwy jestem, poczekam te dwa lata na endoprotezę. Zastanawiam się tylko, co zrobię, jak już skończą się bóle. Nuda będzie. Ale się dostosuję, nie pierwszy raz. Byłem królem życia, teraz tylko mu się przyglądam z boku. Będą pieniądze, to znów zacznę żyć jak pan. Na razie trzeba sobie radzić tak, jak mnie stać. Przyjdzie jeszcze dzień, że trafię szóstkę w totka.

***

Krzysztof Baran poszukuje nagrań trzech swoich meczów: Urugwaj–Polska (16.02.86) oraz Górnik Zabrze–Real Madryt (26.10.88 i 10.11.88). Jeżeli ktoś z czytelników posiada nagrania prosimy o kontakt: lukasz.olkowicz@przeglad.com.pl

nach oben springen

#125

RE: Trocha Histori

in News 14.10.2015 19:08
von Gregor | 8.400 Beiträge

Król strzelców pozdrawia kibiców Górnika!



O Andrzeju Zgutczyńskim słuch zaginął na wiele lat, były król strzelców polskiej ekstraklasy w barwach Górnika przestał bywać na ligowych stadionach. Oficjalnej stronie klubu udało się jednak skontaktować z popularnym „Zgutkiem”, który przestał się interesować ligową piłką, ale pamięta o Górniku.

- Do Zabrza przeprowadziłem się z Bałtyku Gdynia i na pewno Górnik był moim najlepszym okresem w ligowej przygodzie z piłką. W barwach zabrzańskiego klubu przeżyłem najlepsze momenty – przyznaje Andrzej Zgutczyński, który w trakcie 3 sezonów gry w barwach Górnika dwukrotnie fetował mistrzostwo Polski, ponadto został królem strzelców. W sezonie 1985/86 w 30 meczach strzelił 20 bramek. To osiągnięcie dało mu przepustkę na zachód, a konkretnie do francuskiego Auxerre. A tam już nie było tak dobrze, jak w Górniku...

Dlaczego Andrzej Zgutczyński tak rzadko bywa na ligowych boiskach, nie interesuje się rodzimą ekstraklasą? - Polska liga mnie nie bierze, nie ciągnie. Interesuję się występami naszej reprezentacji w eliminacjach mistrzostw Europy czy świata, ale na ligę nie chodzę. Nadal mieszkam w Gdyni i pracuję w miejscu, które z piłką nie ma nic wspólnego. Więcej nie chciałbym zdradzać – bardzo tajemniczo mówi były snajper wyborowy zabrzańskiego klubu.

- Kilka razy byłem z synem na meczach Lechii Gdańsk, z którą zagra teraz Górnik, ale to mnie znudziło – przyznaje Zgutczyński, który przypomina sobie, że po zakończeniu gry na Roosevelta nie zerwał definitywnie kontaktów ze swoim byłym klubem. - Do Zabrza przyjeżdżałem, by zagrać w drużynach oldbojów. Grałem w Orłach Górskiego, grałem w oldbojach Górnika. Był też taki mecz w Hamburgu, w którym zagrali oldboje Górnika – wylicza „Zgutek”.

W najbliższy piątek zabrzanie zmierzą się na PGE Arena z Lechią Gdańsk. Komu będzie kibicował Zgutczyński, który związany był mocno z lokalnym rywalem Lechii, Bałtykiem Gdynia.

- Oczywiście, trzymam kciuki za Górnika. Chciałbym w tym miejscu pozdrowić wszystkich tych, którzy mnie jeszcze pamiętają z gry w Zabrzu. No i wszystkich kibiców Górnika! - dodaje na koniec były król strzelców w barwach Górnika.

nach oben springen

#126

RE: Trocha Histori

in News 05.11.2015 19:34
von czacha-hamburg | 3.582 Beiträge

83. ROCZNICA URODZIN ERNESTA POHLA. GENIUSZA FUTBOLU WSPOMINAJĄ KOLEDZY Z BOISKA

3 listopada 1932 r. urodził się Ernest Pohl, wybitny napastnik Górnika i reprezentacji Polski, najlepszy strzelec w historii polskiej ligi i patron zabrzańskiego stadionu. Poniżej prezentujemy wspomnienia dawnych gwiazd polskiego futbolu o tym genialnym piłkarzu wywodzącym się z Rudy Śląskiej.
Włodzimierz Lubański: - Byłem w niego wpatrzony już jako młody chłopiec. Na stadion Górnika miałem przecież tylko kilka kilometrów. Pamiętam rok 1961, kiedy Górnik grał z Legią i wygrał 5:1. Ernest strzelił wówczas 4 bramki. Był wspaniały. Już dwa lata później byliśmy kolegami z zespołu. Nauczyłem się od niego mnóstwo rzeczy, chciałem go naśladować w każdym geście i ruchu, podpatrywałem go w każdym meczu. Trudno powiedzieć, czy byłbym tym samym piłkarzem, gdyby nie Ernest. Sposób jego podejścia do młodych piłkarzy był naprawdę wyjątkowy.

Stanisław Oślizło: - Czasami żartuję, że kiedy Pan Bóg rozdawał piłkarskie talenty, Ernest dwa razy ustawił się w kolejce. Był dla mnie skończoną doskonałością. Miał instynkt snajpera, na dodatek w sposobie strzelania goli imponował wszechstronnością. Bywało jednak, że z rasowego napastnika zmieniał się w rozgrywającego, prawdziwego lidera zespołu, który potrafił skutecznie pokierować poczynaniami drużyny. Na boisku był ojcem dla młodych piłkarzy. Mnie również tak traktował. To głównie on spowodował, że z typowego obrońcy, tak zwanego wymiatacza, zmieniłem się w libero, dostosowałem swój styl do wymogów ofensywnej piłki.
Ernesta żegnaliśmy w 1967 r. na Stadionie Śląskim. Kończył karierę meczem z Djurgarden Sztokholm. Przypadł mi zaszczyt pożegnania go w imieniu zespołu i nie kryłem wówczas wzruszenia i łez. To był koniec pewnej epoki i wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że wraz z jego odejściem Górnik nie będzie już taki jak dawniej.

Roman Lentner: - Razem z Ernestem piliśmy to pamiętne piwko w Bratysławie. Był Ernest, Lucek Brychczy i ja. Piwo uwielbiał, nie mógł sobie odmówić i od tego zaczął się jego konflikt z trenerem reprezentacji Ryszardem Koncewiczem. Wszyscy zostaliśmy po tym meczu zawieszeni.

Lucjan Brychczy: - To zdarzyło się 28 października 1962 roku w Bratysławie. Po meczu towarzyskim z Czechosłowacją była dyskoteka. Nad ranem nie czuliśmy się najlepiej i poszliśmy na piwo. Siedzieliśmy spokojnie, dokładnie przy jednym kuflu. Wtedy wszedł trener Ryszard Koncewicz i kazał nam iść do pokoju. Co zrobił Ernest? Powiedział, że skoro zapłacił, to wypije piwo do końca. I tak zrobił. Był wspaniałym kolegą i wielkim piłkarzem. Takich już się nie uświadczy.

Warto również wiedzieć, że o autorze 186 bramek w polskiej ekstraklasie powstał film dokumentalny zrealizowany przez Wojciecha Sarnowicza oraz Tomasza i Pawła Smolorzów, zatytułowany "Ostatni mecz Ernesta Pohla".

źródło : Górnik Zabrze


Górnik to religia ! Będziemy z Tobą aż do śmierci !
nach oben springen

#127

RE: Trocha Histori

in News 08.11.2015 10:00
von Gregor | 8.400 Beiträge

Z kart historii: Bayern zweryfikował marzenia...


W 1985 roku Górnik Zabrze po trzynastu latach przerwy sięgnął po swój jedenasty tytuł Mistrzów Polski, a po siedmiu powrócił do gry w europejskich pucharach. Wielu kibiców miało nadzieję, że znów piłkarze Górnika odgrywać będą znaczącą rolę także na kontynencie.

W pierwszej rundzie los skojarzył naszą najlepszą drużyną z mistrzem Republiki Federalnej Niemiec Bayernem Monachium. Podobnie jak w Zabrzu tak i w bawarskim klubie były wielkie ambicje nawiązania do lat 70-tych i wcześniejszych. Przypomnijmy monachijczycy w sezonach 1974-76 trzykrotnie zostali najlepszą drużyną w Europie. W 1982 roku dotarli do 1/2 finału Pucharu Mistrzów, teraz znów wrócili do tych rozgrywek chcąc pełnić podobną rolę jak w połowie poprzedniej dekady.

W składzie Bawarczyków nie brakowało gwiazd: Pfaff, Augenthaler, Lerby, Matthaeus, Dieter Hoeness czy Michael Rumennige to byli znakomici piłkarze tamtego okresu. Mecz rozegrano na Stadionie Śląskim 18. września1985 r., na trybunach tłumy kibiców i wielkie oczekiwania. Początek to przewaga Bayernu, piłkarze Górnika byli chyba zdeprymowani nazwą rywala i nazwiskami, które wyszły na murawę przeciw nim.

Niemcy udokumentowali przewagę w 20. min. golem, który strzałem głową do bramki Cebrata skierował Wohlfarth. Za chwilę Gunia wybił piłkę zmierzającą do pustej bramki po strzale Rummenigge. Zabrzanie otrząsnęli się, zeszło z nich ciśnienie, gra zaczęła się wyrównywać. Wreszcie w 30 min.udało zaskoczyć się defensywę gości i Pałasz płaskim strzałem dał Górnikowi wyrównanie. Druga połowa to lepsza gra podopiecznych Kostki, górnicy zagrozili bramce Pfaffa w 54 i 65 min, natomiast z drugiej strony w 56 min. groźny strzał oddał Hoeness. „Trójkolorowym” nie zdołali zdobyć drugiej bramki, natomiast w 82 min. Bayern wyprowadził kontrę i po błędzie Cebrata, który „wypluł” piłkę właśnie Hoenes popisał się skuteczną dobitką. Jeszcze Zgutczyński miał okazję wyrównać, niestety potknął się na futbolówce i powrót na piłkarskie salony zakończył się dla Mistrzów Polski porażką.

Przed rewanżem pojawiały się opinie, że w Monachium zabrzanie mogą pokusić się o korzystny wynik ponieważ Bayern gorzej spisuje się przed własną publicznością. Rewanż rzeczywiście rozpoczął się dla Górnika znakomicie od prowadzenia 1:0, potem było już tylko gorzej, ostatecznie skończyło się bolesnym 1:4 i odpadnięciem z rozgrywek. Bayern zdołał jeszcze w kolejnej rundzie wyeliminować Austrię Wiedeń, ale jego marzenia o powrocie na szczyt rozwiał w ćwierćfinale belgijski Anderlecht. Bawarczycy pucharową przygodę skończyli zdecydowanie przedwcześnie, Górnik nie zdołał – tak jak to dawniej bywało – wyeliminować jednego z europejskich potentatów.

Dla obu klubów nie nadszedł jeszcze czas powtórzenia efektownych sukcesów (w przypadku Górnika odpowiednio skromniejszych) na arenie międzynarodowej z wcześniejszych dekad. Dzisiaj wiemy, że Górnik lat 80-tych nie odegrał znaczącej roli na europejskich boiskach, choć jeszcze kilkakrotnie dostarczał nam sporych emocji. Jakże daleka jest od tego teraźniejszość.

I runda Pucharu Europy Mistrzów Krajowych 1985/86

Górnik Zabrze – Bayern Monachium 1:2 (1:1)
0:1 – Wohlfarth, 20′ (strzał głową)
1:1 – Pałasz, 30′
1:2 – D. Hoeness, 82′

Górnik: Cebrat – Gunia, Dankowski, Matysik, Kostrzewa – Majka, Komornicki, Urban, Iwan(63′ Klemenz) – Zgutczyński, Pałasz
Trener: Hubert Kostka

Bayern: Pfaff – Winklhofer, Augenthaler, Eder, Pflugler – Dremmler, Matthaeus, (56. Beierlorzer), Lerby, M. Rummenigge – Wohlfarth, D. Hoeness
Trener: Udo Lattek

Żółte Kartki: Majka, Urban – Beierlorzer, Augenthaler, Pfaff
Miejsce: Chorzów, Stadion Śląski.
Data rozgrywania spotkania: 18.09.1985
Sędzia: Gerard Biguet(Francja)
Widzów: 55.000

Skrót meczu na Stadionie Śląskim:

nach oben springen

#128

RE: Trocha Histori

in News 18.01.2016 10:34
von Gregor | 8.400 Beiträge

Kontrowersje wokół rekordowej frekwencji. 120 czy 108 tysięcy na Śląskim?

Dzisiaj mija 52. rocznica niecodziennego rekordu, jaki padł podczas piłkarskiego meczu w Polsce. 18 września 1963 roku w pierwszym meczu 1/16 Pucharu Europy Mistrzów Krajowych Górnik grał na Stadionie Śląskim z Austrią Wiedeń. Na trybunach pojawiła się rekordowa liczba widzów. Według jednych źródeł na stadionie było 120 tys. kibiców. Znany śląski dziennikarz i wydawca Andrzej Gowarzewski uważa jednak, że ta liczba została zawyżona.
Ekstraklasa. Wyniki, tabela i statystyki - kliknij tutaj!

Dziś późnym popołudniem, w pierwszym meczu 9 kolejki Ekstraklasy, zabrzanie podejmują u siebie Śląsk Wrocław. Na rozbudowywanym Stadionie im. Ernesta Pohla zasiądzie co najwyżej 5,5 tysięcy fanów. To nic w porównaniu z tym, co było przed laty...
Początek lat 60. to zdecydowana dominacja w lidze jedenastki z Zabrza, która seryjnie zdobywała mistrzostwo. W PEMK Górnik zadebiutował w 1961 roku meczami z Tottenhamem. W pierwszym meczu na Stadionie Śląskim było 4-2 dla zabrzan. W Londynie rywal z nawiązką odrobił jednak straty i zwyciężył aż 8-1.
Na kolejny start w najbardziej z prestiżowych pucharów zabrzanie czekali dwa lata. We wrześniu 1963 roku rywalem Górnika była mocna wtedy Austria. Spotkanie wzbudziło ogromne zainteresowanie.
Górnika wspierała cała Polska

"Kibice Ruchu liczą godziny. Kibice Polonii również. Sympatycy Zagłębia trzymają kciuki. Górnicy Szombierek, którzy poza jedenastką Pawła Sobka i braci Wilimów nie widzą "bożego świata", od kilku dni egzaminują dźwięk swoich gardeł. Kibice Piasta, Rapidu, Slavii, Dębu, Naprzodu, Concordii i klubików z całego Śląska, Zagłębia, Opolszczyzny, Krakowskiego ("pasiaki" specjalnie przełożyły mistrzowski mecz z Polonią Bydgoszcz na czwartek, by być uczestnikami chorzowskiej uczty), kibice z całej Polski, ci, którzy w normalny, powszedni dzień ligowy dopingują tylko jedną drużynę, tę swoją, najukochańszą, jedyną - dziś zapomną o członkowskich legitymacjach, sercowych zobowiązaniach i klubowych herbach. Wszyscy będą za Górnikiem" - pisał przed meczem katowicki "Sport".
- Ludzie siedzieli wszędzie, na schodkach, w przejściach. Nie było wolnego miejsca. Austria to był wtedy czołowy klub w Europie. Jak grałem w szesnastu takich pucharowych spotkaniach, to nigdy nie było mniej niż 80 tysięcy na stadionie, a z reguły przychodziło po 100 czy 90 tysięcy ludzi. W spotkaniu z Austrią padł jednak rekord - opowiada Interii Jan Kowalski, jeden z uczestników tamtego pamiętnego meczu.
Górnik, po trafieniu Romana Lentnera w 71 minucie, wygrał to ważne spotkanie 1-0, a na drugi dzień "Sport" dał taki tytuł:
"120.000 zawiedzionych na Stadionie Śląskim. 11 murarzy z Wiednia zrealizowało plan minimum".


Był to przytyk do defensywnej gry rywala, który przed rewanżem chciał wywieźć z wyjazdowego terenu jak najkorzystniejszy rezultat.
Katowicki "Sport" tak relacjonował to co działo się na trybunach. "Jak długo Stadion Śląski stadionem, nie widział on tak wielkiej ilości widzów z okazji imprezy sportowej. Przybyli oni nie tylko z Katowic i okolicy. Do Chorzowa zjechały wycieczki z całego kraju. Przyjechali kibice i piłkarze, ba nawet całe drużyny, spodziewając się, że wielkie widowisko dostarczy im sporo materiału porównawczego i w swej pracy codziennej skorzystają z poglądowej lekcji".
- Na ten mecz rzeczywiście przyjechali kibice z całej Polski. Ludzie zjeżdżali się od rana. Atmosfera była jak na odpuście. Trąbki, flagi, a na nich napisy kto skąd przyjechał. Górnikowi kibicowała wtedy cała Polska. Burdy na trybunach? Panie, były takie sytuacje, że jeden siadał koło drugiego, pytał skąd jest, wyciągał flaszeczkę i razem kibicowali. Przed stadionem nie było żadnej kontroli. Nikt nikogo nie sprawdzał. Po meczach chłopcy sprzątający trybuny worami wynosili puste butelki - wspomina Jan Kowalski.
Żadna inna sportowa impreza w Polsce wcześniej ani później nie zgromadziła takiej widowni, jak mecz Górnika z Austrią. Tylko czy na trybunach faktycznie było 120 tysięcy kibiców?
Nie 120, a 108 tysięcy

Tą liczbą w wątpliwość poddaje Andrzej Gowarzewski. - To bzdura - mówi dosadnie.
Ten śląski wydawca znakomitych Encyklopedii Piłkarskich Fuji, który słynie z rzetelności i dokładności, tak opowiada Interii o pamiętnym spotkaniu z 18 września 1963.
- Weryfikowałem tą frekwencję w IPN-ie i w dostępnych milicyjnych raportach, bo milicja liczyła dobrze. Te 120 tysięcy to liczba, której nie idzie wierzyć. W "Sporcie" wielokrotnie o tym rozmawialiśmy. Padały argumenty, że to dobrze wygląda, że to dobrze dla popularyzacji piłki, klubu czy stadionu. W ostatnim opracowaniu dotyczącym Górnika podaliśmy liczbę 108 tysięcy i ona wydaje się prawdziwa - podkreśla.


Gowarzewski tłumaczy, że po latach trudno zweryfikować rzeczywistą frekwencję. - W "Sporcie" podano wtedy 120 tysięcy, a w "Przeglądzie Sportowym" 95 tysięcy. Są więc dwa źródła i któremu tutaj wierzyć? Zresztą przez lata dziennikarze ustalali liczbę we własnym gronie.
Trzeba zresztą powiedzieć, że na polskich stadionach nie było i nie ma rzetelnego systemu podawania dokładnej liczby widzów. Jeśli na Stadionie Narodowym jest 52 128 widzów, to trzeba zapytać czy w tej liczbie są też stewardzi, tajniacy zabezpieczający imprezę, dziennikarz, którzy wchodzą innym wejściem i inni goście. Podawanie wielkości co do jednej osoby jest bez sensu - uważa Gowarzewski.
To nie wszystko, śląski wydawca i dziennikarz wspomina o tym, jak to w przeszłości liczono kibiców.
- W latach 60. i 70. była podwójna tendencja, co do wysokości frekwencji. Pierwsza to propagandowa, a druga na użytek międzynarodowy. Propagandowa, bo wiadomo, liczna widownia oddziaływała na wyobraźnię. A międzynarodowa? Tu była tendencja do zaniżania liczby kibiców. Chodziło o to, że międzynarodowym organizacjom piłkarskim FIFA i UEFA nie trzeba było płacić za dużo z tytułu sprzedaży biletów. To tzw. świętopietrze sprawiło, że na przykład na meczu Polska - Holandia, na którym było 70 czy 80 tysięcy osób, to w oficjalnym protokole wpisano liczbę 22 000. Tak, żeby zapłacić jak najmniej - opowiada Andrzej Gowarzewski.
Trzeci mecz w Wiedniu

Wracając do rywalizacji Górnika z Austrią, to zakończyła się ona dopiero na trzecim meczu. Dlaczego? Rewanż wiedeńczycy u siebie wygrali 1-0 i według ówczesnego regulaminu, w wypadku takiego samego wyniku dwumeczu rozgrywano kolejne, decydujące spotkanie. Wcześniej, jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji, nierozważni działacze Górnika zgodzili się na to, żeby ewentualne mógł on być rozegrany we... Wiedniu.

- Prasa narzekała, w my byliśmy zadowoleni. Przez tydzień przebywaliśmy w dobrym hotelu pod Wiedniem. Świetne warunki, jedzenie i baza treningowa. Dla nas to był taki nieplanowany urlop, a jak pokazał ten trzeci mecz, to ten austriacki luft nam służył - mówi z uśmiechem Jan Kowalski.

Górnik wygrał 2-1 po golach Ernesta Pohla i Jerzego Musiałka i awansował do 1/8 PEMK. Tam jednak nie udało się sforsować kolejnej przeszkody, jaką była Dukla Praga, w składzie której nie brakowało wicemistrzów świata z Chile 1962 roku, ze słynnym Josefem Maspoustem na czele. Pierwszy mecz Górnik wygrał wprawdzie na Śląskim 2-0, ale w Pradze lepszy był mistrz Czech, który zwyciężył 4-1.

Autor: Michał Zicharz

nach oben springen

#129

RE: Trocha Histori

in News 18.01.2016 11:47
von Sony40 | 613 Beiträge

Jak sie to czyto lza sie w oku krynci y takiego szpilu ni zoboczymy choc przezolech 4 majstry na stadionie i 2 spadki o takim szpilu inno mazyc.

nach oben springen

#130

RE: Trocha Histori

in News 11.02.2016 11:47
von Gregor | 8.400 Beiträge

WSPOMNIENIE LEGENDY. JAK „DIABEŁ” SKIKSOWAŁ W CHORZOWIE...

W gronie znakomitych przed laty piłkarzy Górnika, legend zabrzańskiego klubu, które zasiądą na stadionie na Wielkich Derbach Śląska będzie Andrzej Szarmach. - To na pewno będzie wielkie wydarzenie i bardzo liczę na zwycięstwo Górnika! – przyznaje popularny „Diabeł”.
Ten niezwykle utytułowany piłkarz, dwukrotnie zdobywca trzeciego miejsca na mistrzostwach świata, brał także udział w Wielkich Derbach Śląska. Przypomina sobie jeden szczególny mecz z niebieskimi, który miał miejsce na Cichej.

- Nie pamiętam już końcowego wyniku, ale za to dobrze pamiętam sytuację, po której posłałem piłkę nad poprzeczką, mimo że praktycznie stałem na linii bramkowej – uśmiecha się Szarmach, z którym rozmawialiśmy telefonicznie. 61-krotny reprezentant kraju (32 gole) nadal mieszka we Francji, ale jak tylko dotrze do niego zaproszenie na WDŚ, na pewno się pojawi na derbach.

Ale wróćmy do kiksu „Diabła” sprzed ponad 40 lat. - Akcję po prawej stronie zainicjował Janek Banaś. Po jego centrze na długi słupek, gdzie stałem na linii bramkowej mogłem nic nie robić, stać nieruchomo i piłka odbiłaby się od mojego golenia i wpadłaby do siatki. Ale ja chciałem strzelić z orkiestrą, z wiwatem i... piłka poszybowała ponad poprzeczką. Było mi trochę wstyd, bo lepszej sytuacji nie można sobie wyobrazić. Mam nadzieję, że moim następcom w Górniku nie zdarzy się podobna „przygoda”... - dodaje na koniec Szarmach.

nach oben springen

#131

RE: Trocha Histori

in News 25.04.2016 19:52
von Gregor | 8.400 Beiträge

TRENERSKIE LEGENDY. GEZA KALOCSAY – KOBIETY, WINO I... GÓRNIK

W cyklu „Odkurzamy trenerskie legendy” prezentujemy sylwetkę znakomitego szkoleniowca węgierskiego Gezy Kalocsay'a (na zdjęciu pierwszy z lewej), który wprowadził Górnika na europejskie salony. Cały artykuł będzie można przeczytać w najnowszym numerze klubowego miesięcznika „Górnik”, który będzie dostępny na meczu ze Śląskiem (piątek, godz. 18:00).
Urodził się w Berehovie. To była Ruś Zakarpacka, dziś należąca do Ukrainy, ale kiedyś była to część monarchii austrowęgierskiej. Jedne źródła podają datę 20 lipca 1914, inne 30 maj 1913. Jak było naprawdę, pewnie się nie dowiemy, ponieważ Kalocsay posiadał na obie daty swoich urodzin wiarygodne paszporty. Właśnie w Berehovie - czy jak kto woli, węgierskim Berekszaszu razem ze swoim młodszym bratem Abą rozpoczął karierę piłkarską w miejscowej drużynie licealnej. Piłka nie przeszkodziła mu jednak w zdobyciu solidnego wykształcenia. Studia prawnicze rozpoczął w Pradze na Uniwersytecie Karola a skończył w Budapeszcie. Kilka lat pracował w swoim zawodzie, jednak w fachu adwokata nie wytrzymał zbyt długo. Ciągnęło go w świat.

Reprezentant dwóch narodów
Prawo było, owszem, ciekawe, ale futbol jednak bardziej wciągał. Swoją prawdziwą piłkarską karierę rozpoczął w 1932 roku w barwach Sparty Praga. To był klub, który się liczył nie tylko w Czechosłowacji. W 1935 roku ten zespół zdobył Mitropa Cup. Był to Pierwszy w historii międzynarodowy turniej piłkarski a brały w nim udział kluby Europy środkowej. Rok później młody piłkarz mógł również szczycić się tytułem Mistrza Czechosłowacji. Dobrą grę Kaloscay'a zauważyli również szkoleniowcy reprezentacji Czechosłowacji i w ten sposób 9 kwietnia 1933 roku zadebiutował w meczu z Austrią. Co prawda w latach 1933-1935 tych meczów uzbierało się tylko trzy, ale w 1934 roku piłkarz pojechał z reprezentacją kraju na mistrzostwa świata do Włoch. Na turnieju nie zagrał, jednak otrzymał srebrny medal, ponieważ reprezentacja Czechosłowacji dopiero w finale uległa Włochom.
W 1937 roku Kalocsay zdecydował się na transfer i kolejny etap swojego życia spędził we Francji w utytułowanym Olympique Lillois. Klub był pierwszym zawodowym mistrzem Francji w piłce nożnej. Lata trzydzieste były jednak nieco słabsze i dlatego postanowiono kadrę wzmocnić aby wrócić na szczyt. Piłkarz grał we Francji przez dwa lata, w 1939 wystąpił jeszcze w przegranym finale o Puchar Francji i wrócił... ale na Węgry. Tam z powodzeniem kontynuował swoją karierę w budapesztańskich klubach: Kispest FC, Ferencvaros TC i Ujpest FC. Węgry nie były wówczas objęte działaniami wojennymi, toteż rozgrywki ligowe przebiegały tam bez przeszkód. Bramkostrzelny napastnik znalazł uznanie w oczach trenerów reprezentacji - tym razem Węgier i w 1940 roku zaliczył dwa mecze. Zbliżał się koniec wojny, a piłkarz przekroczył 30-stkę, co wówczas w futbolu oznaczało kres kariery. Zagrał jeszcze w II ligowych Ungvári AC i Szentlőrinci AC i w 1947 zawiesił piłkarskie buty na kołku.

Górnik
W 1966 roku kolejny raz zmienił kraj, a właściwie kontynent i w sierpniu pojawił się przy Roosevelta. Zastąpił Władysława Giergiela, trenera niewątpliwie dobrego, ale jednak włodarze zabrzańskiego klubu uznali, że aby klub zaczął się liczyć w Europie, potrzeba jednak większej jakości. Nowy przybysz miał dużo szczęścia, Zastał komfortową sytuację, w klubie roiło się od reprezentantów Polski. To mogło przypominać pracę w Honvedzie. Na powitanie otrzymał zespół w finałowym meczu o Puchar Polski, niestety, przegranym po dogrywce z Legią. Węgier rozpoczął ostro. Uznał, że należy zacząć od poprawy kondycji piłkarzy. Za archaiczne uważał także ustawienie zespołu, który grał wtedy trójką obrońców, podczas kiedy w Europie grywało sie czwórką. Zwrócił uwagę, że obrońcy Górnika nie włączają się do ataku, a napastnicy po stracie piłki nie cofają się do obrony. W ten sposób zapoczątkował grę systemem 4-4-2. Być może dlatego zespół przyjął go z rezerwą, jednak szybko okazało się, że te zmiany mają kolosalny wpływ na lepszą grę. Trener miał nie tylko tzw. "nosa" ale również talent pedagogiczny. Potrafił w cztery oczy porozmawiać z każdym piłkarzem, starał się wiedzieć wszystko o wszystkich, to bardzo pomagało w konsolidacji zespołu. To właśnie on zmienił pozycję Henrykowi Latosze, ustawiając go na lewej obronie, a piłkarz stał się podstawowym graczem zespołu. Jeszcze zanim został oficjalnie szkoleniowcem Górnika, bywał na meczach zespołu, gdzie mógł obejrzeć w akcji swoich przyszłych podopiecznych, również na boiskach zespołów reprezentujących niższe ligi. Dzisiaj nazwalibyśmy to skautingiem. W ten sposób wiosną 1966 roku zawitał na stadion GKS-u Świętochłowice. I to w bardzo jasno określonym celu. Ktoś, dzisiaj już pewnie nie dowiemy się kto, wspomniał mu o pewnym jasnowłosym piłkarzu, którego warto zobaczyć w grze. Tym piłkarzem był Alfred Olek. Kalocsay pojechał, zobaczył i kategorycznie stwierdził, że chce go mieć u siebie! Konsternacja! 26-latek z III ligi w wielkim Górniku? Ale działacze ufali Węgrowi, wiedzieli, że jeśli ten uparł się na Olka, to oznacza, że zobaczył w nim potencjał. I faktycznie - w ciągu kilku miesięcy nowy nabytek poczynił tak olbrzymie postępy, że od sezonu 1966/67 stał się podstawowym piłkarzem Górnika. Imponował niespożytymi siłami. Grał w pomocy, ale jeśli trener ustawił go na innej pozycji – również nie zawodził. Był bardzo wszechstronny. Trener ściągnął również do zespołu Huberta Skowronka, wprowadzał do składu Gorgonia, Banasia czy Deję. Drużyna grała coraz lepiej, w lidze zawsze była na podium a Puchar Polski zdobywała seryjnie. W europejskich pucharach wiodło sie średnio, choć to Górnik jako jedyny zespół ograł Manchester United w ich drodze do zdobycia Pucharu Europy Mistrzów Krajowych w 1968 roku.

Pucharowe boje
W sezonie 1969/70 Górnik rozpoczął marsz ku swojemu największemu sukcesowi. Zespół jako zdobywca Pucharu Polski stanął do rywalizacji w rozgrywkach o Puchar Europy Zdobywców Pucharu (dzisiaj już tych rozgrywek nie ma). Węgier wiedział, że dysponuje bardzo mocnym zespołem, praktycznie bez słabych punktów. Pierwszym rywalem był grecki Olympiakos. Piłkarze Stefana Bobka nie mogli jednak zagrozić Zabrzanom i po remisie u siebie 2:2, w rewanżu ulegli 0:5. Następną przeszkodą byli Rangersi z Glasgow. To był dobry zespół. Na Śląskim Lubański z Szaryńskim załatwili sprawę, strzelając Szkotom 3 gole. Jednak mimo zwycięstwa 3:1 Kalocsay studził emocje. W meczu rewanżowym co prawda prowadzenie uzyskali gospodarze, górą był ponownie Górnik a bramki Lubańskiego, Olka i Skowronka były ozdobą tego meczu. Jednak do największego zaskoczenia doszło przed samym spotkaniem. Oto katowicki "Sport" 26 listopada 1969 roku na swoich łamach zamieścił następującą informację: "Środowy mecz z Rangersami będzie ostatnim meczem dr. Gezy Kalocsay'a w roli opiekuna Górnika. Po trzech latach pracy w pierwszych dniach grudnia wyjeżdża on do Budapesztu i przejmie batutę nad Ferencvarosem". To był szok dla wszystkich. Jeszcze 30 listopada Węgier poprowadził Górnika do wygranej 2:0 w 1/16 finału Pucharu Polski z Siemianowiczanką. A potem wyjechał do Budapesztu...

"Obrońcy" moralności?
W rozgrywkach PEZP czekał już następny rywal - Lewski Sofia, ale tym razem na zabrzańskiej ławce w roli trenera miał zasiąść Michał Matyas, były świetny gracz lwowskiej Pogoni, reprezentant Polski. Przyszedł z Cracovii. W trenerskim dorobku miał również pracę z reprezentacją Polski. Ten bardzo kulturalny Pan był na pewno dobrym trenerem, ale jak czas pokazał, nie na tyle dobrym, aby przejąć schedę po Kaloscayu... Dlaczego doszło w tak ważnym momencie do zmiany szkoleniowca? Węgier, człowiek wykształcony, z pasją, kochał życie. Całkowicie oddawał się futbolowi, ale przecież nie tylko piłką się żyje... Lubił się bawić, bywać, korzystać z przyjemności. Nie wszystkim się to podobało. Tutejsi ojcowie i mamy krzywo patrzyli na styl życia przystojnego Węgra, wokół którego kręciło się sporo zabrzańskich nastolatek. A że czasy były takie jakie były, ci którzy mieli coś do powiedzenia, mogli pociągnąć za takie sznurki, że nieważne stało się dobro Górnika, tylko ich małe, źle pojęte interesy...
Matyas poprowadził Górnika w zwycięskich pojedynkach z Lewskim i AS Roma, jednak finał na wiedeńskim Praterze przegrał. Miałem przyjemność rozmowy z kilkoma piłkarzami z tamtej ekipy. Wszyscy byli zgodni twierdząc, że z Kaloscayem wygraliby tamten finał. Matyas Anglików się jednak bał i ustawił zespół inaczej, zbyt defensywnie. Węgrowi w takich sytuacja strach był obcy, tym bardziej, że jego rodacy regularnie spuszczali wyspiarzom lanie. Cóż, gdyby nie nieodpowiedzialna decyzja pewnych osób, pewnie dzisiaj gablotę przy Roosevelta zdobiłby okazały puchar...

nach oben springen

#132

RE: Trocha Histori

in News 29.04.2016 22:59
von czacha-hamburg | 3.582 Beiträge

46 LAT TEMU GÓRNIK ZAGRAŁ W FINALE PZP

Autor:
Górnik Zabrze
29 kwietnia 1970 roku, czyli dokładnie 40 lat temu, miał miejsce największy sukces w 61-letniej historii Górnika Zabrze, a zarazem polskiej piłki klubowej. Finał rozgrywek o Puchar Zdobywców Pucharów rozegrany na wiedeńskim Praterstadion z Manchesterem City, to dziś powód do dumy.
Poniżej korespondencja redaktora Przeglądu Sportowego Jana Wojdygi, który ze szczegółami opisał historyczny występ Górnika w finale Pucharu Zdobywców Pucharu.

Górnik Zabrze - Manchester City 1:2 (0:2)
0:1 - Young 12'
0:2 - Lee (k.) 42'
1:2 - Oślizło 68'

Górnik: Kostka - Latocha, Floreński (Deja), Oślizło, Gorgoń - Olek, Wilczek (Skowronek), Szołtysik - Banaś, Lubański, Szaryński.
Manchester: Corrigan - Book, Doyle (Bowyer), Booth, Pardoe - Heslop, Oakes, Towers - Bell, Lee, Young.

Sędzia: Paul Schiller (Austria).

Widzów: 15.000.




O Praterze śpiewano we wszystkich walcach wiedeńskich. Wielu z nas miało nadzieję, że w tym roku będą o nim śpiewać także sympatycy Górnika Zabrze. Niestety, w strugach deszczu, w naddunajskiej stolicy finał Pucharu Zdobywców Pucharów wygrał Manchester City. Zanim jednak Young uzyskał w 12. minucie prowadzenie dla Anglików dość dokładnie znaliśmy specjalne zadanie, jakie w tym meczu spełniali Olek i Floreński w Górniku oraz Heslop w Manchesterze. Polacy szczególnie zaopiekowali się Lee i Youngiem, zaś Anglik Lubańskim. A jednak Young i Lee zdobyli bramki. Jak to się stało?

Kilka minut trwała obustronna próba sił, przeciwnicy badali się. Pierwsi zaatakowali Anglicy. Już w 6. minucie Oakes przedarł się przez drugą linię Górnika i silnie strzelił zza pola karnego. Niecelnie. Znacznie lepiej spisał się bojowy Francis Lee. Wygrał na lewej stronie pojedynek z Olkiem i z dość ostrego kąta strzelił dołem na bramkę Kostki. Zabrzanin bądź za późno dostrzegł lot piłki, bądź śliskiej nie zdołał utrzymać w rękach, w każdym razie interwencja Polaka nie była udana. Wykorzystał to Young i wepchnął do siatki piłkę odbitą przez Kostkę. A więc 1:0 dla Anglików. Stanowczo za łatwo zdobyli oni tę bramkę.

Czas płynął. Piłkarze Górnika nie załamali się tym niepowodzeniem. Odpowiedzieli szybszymi i odważniejszymi atakami na bramkę Corrigana. Obrońcy angielscy grali jednak pewnie i skutecznie, nie dopuszczali napastników Górnika do strzałów. Długowłosy Corrigan był więc bardzo rzadko zatrudniony. Tylko raz, w 28. minucie miał powód do niepokoju - wtedy piękny strzał Banasia śmignął tuż obok słupka.

Kilka minut później znowu dał o sobie znać duet Young - Lee. Francis przejął w powietrzu górne podanie Younga i na szczęście dla Kostki nie trafił w bramkę. Próby Górnika, zmierzające do jeszcze większego przyspieszenia akcji, raz po raz kończyły się na Wilczku. Rozgrywał on akcje bezproduktywnie, kręcił się z piłką wokół własnej osi. Nawet okres, kiedy Anglicy grali osłabieni brakiem kontuzjowanego Doyle, nie zdołał przegnać z duszy Wilczka skłonności do kunktatorstwa. Potem zespół Manchesteru uzupełnił rezerwowy Bowyer i szansa na wyrównanie wyraźnie się oddaliła.
Gorzej, mimo gorących uczuć, jakie płynęły z naszych serc na boisko w 42. minucie Anglicy prowadzili 2:0. To już bardzo trudna do odrobienia strata. Ale można było jej uniknąć! Drugą bramkę dla Manchester City zdobył Lee z rzutu karnego. Znowu jedenastka! To już trzecia przeciwko Górnikowi w ostatnich meczach. Tym razem jednak decyzja sędziego była właściwa. Wobec nie najlepszej czujności Floreńskiego i niespodziewanego błędu doskonale do tej pory grającego Oślizły, bramkarz Górnika znalazł się w sytuacji sam na sam z Lee. Zdany na własny los Polak z konieczności sfaulował Anglika. Chciał jeszcze ratować ostatnią szansę. Rzut karny - nie zawsze oznacza utratę bramki. Pozornie Lee strzelił niezbyt precyzyjnie, mimo to Kostka nie zdołał zagrodzić piłce drogi do siatki. Przeciwnik schodził na przerwę z przewagą dwóch bramek…



Deszcz wzmagał się, warunki gry coraz bardziej zaczęły sprzyjać przyzwyczajonym do śliskiej nawierzchni wyspiarzom. Przez pierwszy kwadrans po przerwie nie kwapili się jednak do podjęcia aktywnej gry. Czaili się, czasem kryli się za podwójną gardą, jakby tanim kosztem chcieli wygrać wiedeński finał. Nie z Górnikiem!
Zabrzanie zmusili Anglików do zarzucenia pasywnej gry. W 68. minucie kapitan zabrskiej jedenastki Stanisław Oślizło pięknym strzałem z półobrotu poprawił na 2:1 niekorzystny wynik dla Górnika. Mocniej zaczęły nam bić serca. Zatem nie wszystko jeszcze stracone! Może powtórzy się 2:2 z Chorzowa i nastąpi jeszcze jedna dogrywka?...
Rozpoczął się dramatyczny wyścig zabrzan z czasem. Anglicy to widzą, czują, w każdy możliwy sposób starają się bronić wielkiej premii, którą w przypadku popełnienia jakiegoś błędu przez Booka, Pardoe lub Corrigana mogłaby im wymknąć się z kieszeni. Wolą więc nie ryzykować. Celowo grają na zwłokę. Z typową angielską flegmą raz po raz podają piłkę do własnego bramkarza. Widownia na Praterze gwiżdże, Austriacy silnie teraz dopingują Polaków. Oni bowiem ratują środowe widowisko, oni walczą do końca.
W drugiej połowie Corrigan i obrona Manchesteru mieli dużo więcej pracy niż przed przerwą
Wyspiarze nie liczą się z negatywną opinią widowni. Konsekwentnie, do ostatnich minut realizują swój plan obrony wyniku 2:1 i… zdobycia Pucharu Zdobywców Pucharów. Najambitniejsze szarże Polaków nie są teraz w stanie rozbić szczelnego muru angielskich obrońców. Mecz kończy się pomyślnie dla piłkarzy Manchester City.

Michał Matyas (trener Górnika): Mecz o tak dużym ciężarze gatunkowym nie mógł być pięknym widowiskiem. Manchester City to dobra drużyna, ale przy lepszej dyspozycji naszego zespołu, można było to spotkanie wygrać. Niestety, popełnione błędy w pierwszej części meczu, przyniosły Anglikom prowadzenie, którego później nie mogliśmy już odrobić. Jestem pełen uznania i podziwu dla zawodników, którzy po trzech wyczerpujących pojedynkach z Romą i tu w Wiedniu potrafili grać z ogromną ambicją, nie rezygnując z walki do samego końca.

Malcolm Alisson (trener Manchesteru): Przekonałem się, że drużyna Górnika to wartościowy zespół. Moi chłopcy musieli się bardzo napracować, aby wymęczyć zwycięstwo. Gdyby nie deszcz, widowisko byłoby z pewnością bardziej interesujące. Na śliskiej murawie grać było bardzo trudno.


Górnik to religia ! Będziemy z Tobą aż do śmierci !
nach oben springen

#133

RE: Trocha Histori

in News 12.08.2016 18:59
von Gregor | 8.400 Beiträge

PIERWSZE TAKIE DERBY OD PRAWIE 20 LAT

GKS Tychy po dwóch kolejkach I ligi ma identyczny dorobek punktowy i bramkowy, co Górnik Zabrze. Oba zespoły w derbowym pojedynku ostatni raz zmierzyły się w sezonie 1996/97.
Tyszanie pierwszym meczu przegrali u siebie z Pogonią Siedlce (0:1). W drugiej kolejce zmierzyli się w Nowym Sączu z Sandecją, gdzie wywalczyli remis (1:1). Stan meczu wyrównał z rzutu karnego pozyskany przed sezonem Jakub Świerczok.


Derbowy pojedynek GKS-u i Górnika obejrzy najprawdopodobniej komplet widzów. Ostatni raz los obie ekipy w walce o ligowe punkty skrzyżował w sezonie 1996/97. Tyszanie występowali wtedy pod szyldem klubu z Pniew – nazwa GKS została zastąpiona Sokołem. Jesienią ’96 roku w Tychach padł remis (2:2; gole dla zabrzan strzelali: Marcin Kuźba, Mariusz Nosal). W rewanżu na Roosevelta Górnik dosłownie - rozbił GKS (6:0, bramki: Marcin Kuźba, Arkadiusz Kampka (2), Grzegorz Lekki, Dariusz Dźwigała, Piotr Rocki). Było to jednocześnie pożegnanie tyskiego zespołu w Ekstraklasą – o tyle znamienne, że do następnego spotkania przeciwko Śląskowi Wrocław już nie przystąpił, oddając punkty walkowerem. Po trzy punkty dopisywali sobie także kolejni rywale. Dziś jednak historia tworzy się na nowo.

nach oben springen

#134

RE: Trocha Histori

in News 28.10.2017 09:16
von Gregor | 8.400 Beiträge

Józef Machnik - pierwszy reprezentant w Górniku

Kiedy 13 marca 1955 roku Zabrze świętowało historyczny pierwszy awans zespołu do I ligi (ówczesnej najwyższej klasy rozgrywkowej), działacze zdawali sobie sprawę, że aby myśleć o rywalizacji z najlepszymi, należy wzmocnić zespół. W ten sposób trafił do Górnika bramkarz Józef Machnik. W Zabrzu goalkeaperem numer 1 był Kaczmarczyk, ale uznano, że rezerwowy Ginter Procek, najlepsze lata ma już za sobą, więc należy zadbać o dobrego zmiennika. Machnik trafił do Górnika z AKS-u Chorzów, z zespołu... piłki ręcznej!

Multisportowiec

Kiedy prześledzi sie karierę Machnika, nietrudno znaleźć skojarzenia ze znakomitym piłkarzem Pogoni Lwów i reprezentacji Polski - Wacławem Kucharem. Dlaczego? kariera Józefa Machnika była, jak całego tamtego pokolenia naznaczona wojną. Urodzony 29 sierpnia 1931 roku w Wadowicach, już od dziecka wykazywał świetne uzdolnienie ruchowe, jednak marzenia o sportowych arenach brutalnie przerwał wybuch II wojny światowej. Powojenna zawierucha przygnała go do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Zabrza. Zaczynał jeszcze jako gimnazjalista od siatkówki, jednak niebawem pojawił się w klubie Zjednoczenie Zabrze i tam wypłynął jako wieloboista, specjalizujący się w skoku wzwyż. Jednak energia rozpierała młodego sportowca, który pod koniec lat 40-tych został - choć bez oficjalnego zgłoszenia - piłkarzem Górnika Rokitnica.

Szczypiornista

W 1950 roku o Józefa Machnika upomniała sie armia. To były bardzo mroczne czasy w historii naszego kraju, jednak nawet ówczesne władze mocno stawiały na sukcesy sportowe i talent poborowego nie umknął uwadze przełożonym. Machnik trafił do resortowego Wawelu Kraków, gdzie dalej uprawiał lekkoatletykę i futbol, ale równocześnie "zaraził" sie również piłką ręczną i po powrocie do cywila właśnie na tej dyscyplinie się skupił. Zaczął grać w Górniku Biskupice, gdzie mieszkał a potem w 1953 roku trafił do AKS-u Chorzów, zespołu, który w tamtym okresie posiadał świetną sekcje szczypiorniaka. O wszechstronnym talencie Józefa Machnika świadczy fakt, że to właśnie w tej dyscyplinie dostąpił w 1955 roku zaszczytu reprezentowania biało-czerwonych barw. Ciekawostką jest fakt, że była to bardzo w tamtych czasach popularna, 11-osobowa odmiana tej dyscypliny.

Futbolista

W końcu 1955 roku, Machnik namówiony przez Mariana Olejnika - świetnego pomocnika Górnika Zabrze, pojechał zimą na obóz z kadrą trenera Augustyna Dziwisza. Ten szybko zobaczył, że ma do czynienia z samorodnym talentem bramkarskim i zaproponował aby sportowiec skupił się na jednej dyscyplinie, która miał być piłka nożna. W ten sposób Machnik stał się od nowego sezonu 1956 (grano wówczas systemem wiosna-jesień) zawodnikiem zabrzańskiego Górnika. W pierwszych dwóch meczach nowego sezonu bronił Kaczmarczyk, w trzecim z Garbarnią Kraków (4:0) w bramce debiutował nasz bohater, który do końca sezony tylko dwa razy ustąpił miejsca Kaczmarczykowi. Jego dobra gra w barwach Górnika nie uszła uwadze trenerowi reprezentacji Polski Ryszardowi Koncewiczowi, który powołał piłkarza na towarzyski mecz z reprezentacją Norwegii, który miał być rozegrany 28 października 1956 roku w Warszawie. Wówczas niepodważalną pozycje w polskiej bramce miał Edward Szymkowiak, ale w tym meczu doznał urazu i przy stanie 4:2 dla Polski w 72 minucie zadebiutował Józef Machnik. Mecz zakończył sie ostatecznie zwycięstwem Polaków 5:3. Kilkanaście dni później Machnik po raz drugi zmienił w bramce Szymkowiaka. Miało to miejsce w 88 minucie zremisowanego 1:1 meczu z Turcją w Stambule. W tym spotkaniu na boisku zadebiutował drugi piłkarz z Zabrza - Henryk Czech. W przypadku Józefa Machnika te 20 minut, były jedynymi jakie rozegrał w koszulce z białym orłem. Kariera bramkarza w Zabrzu nie trwała zbyt długo. W 1957 roku Machnik świętował z zespołem pierwsze mistrzostwo kraju, a 13 kwietnia 1958 roku rozegrał ostatni mecz w barwach Górnika. Po tym sezonie odszedł do Zagłębia Sosnowiec. Jak tłumaczył, nie do końca dobrze czuł się w Zabrzu, w Górniku, gdzie - jak twierdził - bardziej faworyzowano miejscowych...
W Sosnowcu bronił przez 6 lat. Zdobył z zespołem wicemistrzostwo Polski i dwa razy brąz. Dwukrotnie tryumfował w Pucharze Polski. Ostatni mecz rozegrał 1 września 1965 roku. Po zakończeniu kariery piłkarskiej pracował jako trener w Zagłębiu Sosnowiec, AKS Niwka Sosnowiec, Górniku Wojkowice i GKS Żory. Zmarł 15 czerwca 1990 r. w Mysłowicach.

Józef Machnik był pierwszym reprezentantem Polski w barwach Górnika. Był również pierwszym bramkarzem Górnika, który obronił w meczu ligowym rzut karny, a miało to miejsce 9 września 1956 roku w wygranym 1:0 meczu z Zagłębiem (wówczas Stalą) Sosnowiec. No i nie można zapomnieć o wpadce, jaką była pierwsza strata gola (w meczu z Gwardia Warszawa przegranym 1:2) po strzale Baszkiewicza bezpośrednio z rzutu rożnego.
W zabrzańskim klubie w latach 1956-1958 rozegrał łącznie 43 mecze. W 1957 roku zdobył z zespołem pierwszy mistrzowski tytuł dla Górnika.

Józef Machnik nie odznaczał sie wyśmienitymi warunkami fizycznymi jak na bramkarza. 180 cm. wzrostu to nie dużo jak na dzisiejsze standardy. Jednak wrodzona sprawność i skoczność a także doświadczenie wyniesione z gry w piłkę ręczną sprawiły, że był mocnym punktem zespołu. Grał bardzo skutecznie, nie na pokaz, choć lubił efektowne parady. Bardzo dobrze kierował grą obrońców, co jest zaletą rasowego bramkarza. W kronikach Górnika na zawsze zapisze się tym, że jako pierwszy piłkarz Górnika zagrał w reprezentacji Polski.

zuletzt bearbeitet 28.10.2017 09:18 | nach oben springen


Besucher
0 Mitglieder und 2 Gäste sind Online

Wir begrüßen unser neuestes Mitglied: Krzys800
Besucherzähler
Heute waren 49 Gäste und 8 Mitglieder, gestern 41 Gäste und 9 Mitglieder online.

Forum Statistiken
Das Forum hat 134 Themen und 5085 Beiträge.

Heute waren 8 Mitglieder Online:


Besucherrekord: 126 Benutzer (28.05.2012 18:02).